Mężczyzna wędrował nerwowo w tę i nazad po zupełnie pustym pomieszczeniu, a odgłosy ciężkich kroków odbijały się wokół echem. Wszystkie niezbędne sprzęty, meble oraz uzbrojenie już jakiś czas temu zostało stąd wyniesione, więc ostały się tu jedynie gołe ściany. Nie przypuszczał, że jeszcze kiedykolwiek powróci w to miejsce. Gdyby nie straszliwe okoliczności temu towarzyszące, to najprawdopodobniej ucieszyłby się z takiego obrotu spraw. Szczerze lubił tu przebywać. Przeżył tutaj wiele wspaniałych, ekscytujących, a niekiedy i straszliwych chwil w towarzystwie swoich towarzyszy.
— Stark? — przerwał mu rozmyślania męski głos należący do przysadzistego bruneta w ciemnym garniturze. Facet już jakiś czas bacznie przyglądał się jego niecodziennemu zachowaniu. Na jego twarzy malował się wyraźny niepokój. — Wszystko w porządku?
— Oczywiście — odparł mu beznamiętnie Anthony, nieustannie wpatrując się w ekran swojego telefonu. Na jaśniejącym wyświetlaczu widniał numer jego byłego przyjaciela - Steve'a Rogersa. Pomimo iż spędził kilka bezsennych nocy na poszukiwaniu rozwiązania problemu, to doskonale zdawał sobie sprawę, że nie da sobie rady sam.
On, Anthony Stark potrzebował pomocy i to szybko. Mimo to nieustannie się wahał. Pamiętał ich spór, który niemal nie doprowadził do ogromnej tragedii. Na dodatek jego stosunki z Rogersem, jak i ze sporą częścią składu po ostatnich wydarzeniach nadal były, krótko mówiąc dość oziębłe i nic nie wskazywałoby na ich poprawienie. Nawet na to nie liczył.
Ale czy miał jakieś inne wyjście?
W tej chwili już nie chodziło tylko o niego, a o cały Nowy Jork. Znów groziło im straszliwe niebezpieczeństwo. Wiedział to. Musiał działać stanowczo. Niechętnie wykonał połączenie do Steve'a, po czym z niecierpliwością oczekiwał na jakąkolwiek odpowiedź. Każda następna sekunda spędzona na wyczekiwaniu zdawała się ciągnąć w nieskończoność, aż nagle, gdy zaczął tracić zupełnie nadzieję, usłyszał w słuchawce znajomy mu, oschły głos:
— Tony?! Co się stało? Raczej nie dzwonisz do mnie z pobudek czysto towarzyskich?
Momentalnie miliarderowi spadł kamień z serca. Przez krótką chwilę obawiał się, że ten nie da znaku życia.
— Steve, zbierz drużynę. Porozmawiamy w Avengers Tower — odpowiedział mu zdawkowo. — Nie mamy zbyt dużo czasu.
***
Ku jego zdumieniu już niecałą godzinę później wszyscy znaleźli się w ogromnej sali, która niegdyś pełniła funkcję sali konferencyjnej. Czarno-białe ściany, nie tak dawno zdobiły drogie obrazy uznanych artystów, teraz świeciły zupełną pustką, a jesionowe deski nosiły na sobie widoczne przetarcia od stojących tam kiedyś mebli. Przybyli goście dość prędko zajęli miejsca na krzesłach, które udało się przed ich przybyciem przynieść. Wszyscy bez wyjątku przyglądali się bacznie Anthony'emu, czekając na stosowne wyjaśnienia. Byli ciekawi, dlaczego ten postanowił ich tu zgromadzić.
— Jak za dawnych lat — mruknął niechętnie pod nosem Clint, przerywając panującą wokół niezręczną ciszę. Miliarder westchnął cicho. Klął się w duchu na to, że postanowił ich tutaj zebrać.
— Tony, mógłbyś nam w końcu powiedzieć, dlaczego nas tutaj zwołałeś?! — zapytał zniecierpliwiony blondyn.
— Z analiz oraz raportów wynika, że na terenie Nowego Jorku oraz kilku stanów zaczęło dochodzić do anomalii pogodowych, oraz niespodziewanych trzęsień ziemi, które pojawiały się, zanim ktokolwiek zdążył je wykryć — zaczął spokojnym tonem, rzeczowo opisując sytuację. — Przegrzebując zapisy z kamer zauważyłem, że przed każdym z nich, w ich epicentrum pojawiały się istoty.
— Jakie istoty? — spytał zaciekawiony Banner, unosząc swój wzrok znad czarnych oprawek. — Mógłbyś je jakoś opisać?
— Wysokie, nosili staroświeckie szaty.
— A twarze?
— Nie widać. Były zasłonięte przez długi kaptur oraz maskę — odpowiedział, wyciągając z kieszeni małe urządzenie, które po chwili wyświetliło na hologramie jeden zapis z kamer okolicznego monitoringu.
Kilkanaście smukłych postaci, odzianych w ciemne szaty sięgających samej ziemi, stało na Moście Brooklyńskim. W swych kościstych nienaturalnie bladych dłoniach trzymali oprawione w skórę księgi, które wyglądały na dość leciwe. Na każdej z misternie zdobionej okładek znajdował się ten sam ciemnofioletowy rogaty trójkąt, który zdawał się delikatnie połyskiwać.
Nieznani przybysze wymawiali pod nosem niezrozumiałe dla superbohaterów inkantacje. Oczywistym było dla nich to, że używali do tego nieznanego im dotąd języka. Ale jakiego?
Wtem potężny podmuch porywistego wiatru zerwał się, niszcząc kilka linii telekomunikacyjnych znajdujących się na jednym z brzegów. Niebo zaś, które do tej pory było bezchmurne, teraz pokrywały ciemne, ciężkie chmury. Nieboskłon swą barwą przypominał rozżarzony na wskroś popiół. W oddali rozległa się seria potężnych grzmotów. Z nieba lunął niespotykany jeszcze na tę skalę deszcz. Natomiast wody w spokojnym dotąd East River niespodziewanie zaczęły stopniowo wznosić się, aby w jednej sekundzie wystrzelić z impetem ku górze niczym gejzer, doszczętnie niszcząc przy tym wszystko, co stanęło jej na drodze. Rozpoczęło się istne piekło.
Momentalnie wszyscy obecni w pomieszczeniu zamarli ze zgrozy. Dziesiątki niewinnych ludzi uciekających przed siebie w popłochu, liczących, że uda im się ocalić swoje własne, kruche życie. Nijak jednak nie dali rady pokonać rozszalałego żywiołu. W ciągu jednej ulotnej chwili zniknęli w głębinach wzburzonej rzeki.
— To jakaś sekta? — wyszeptał przerażony Steve, kierując swój wzrok na byłego przyjaciela. Brązowooki milczał, nie wiedząc, jakiej udzielić mu odpowiedzi. Wciąż miał bardzo mało danych, a i one były dość niejasne, więc musiał zważać na wypowiadane słowa.
— Nadal badamy tę sprawę — wyjaśnił zdawkowo Tony, unikając kontaktu wzrokowego. — Najwięcej ataków miało miejsce na Manhattanie oraz Brooklynie, dlatego też do momentu rozwiązania sprawy baza zostaje przeniesiona częściowo tutaj.
— Czekaj... chcesz powiedzieć, że teraz jak gdyby nigdy nic mamy się zebrać razem i udawać, że nic się nie stało? — podsumował lekko zniesmaczony sytuacją Bucky, nieustannie piorunując go spojrzeniem.
— Tak. Czasu nikt z nas już nie cofnie, a my musimy iść naprzód. Nie liczę na to, iż się wszyscy pogodzimy i wszystko będzie jak dawniej. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że to jest niemożliwe do zrobienia — wytłumaczył szatyn, nie okazując przy tym grama emocji. — Liczę jedynie na współpracę i choćby cienką nić porozumienia. Nic więcej. Tu nie chodzi o mnie, a o ludzi, którzy potrzebują pomocy. Gdyby sprawa nie była tak poważna, to nie prosiłbym was o pomoc.
— Pomogę ci, Tony — oświadczył stanowczo Rogers, podnosząc się ze swojego miejsca.
— I ja też — dodała Natasha, uśmiechając się. Wkrótce do nich zaczęli stopniowo dołączać inni superbohaterowie, gotowi stawić czoła niebezpieczeństwu. Nie da się ukryć, że podniosło to Starka na duchu. Został jedynie Zimowy Żołnierz.
— To, jaki mamy plan? — odezwał się Barnes.
YOU ARE READING
Krucze znamię || Avengers || TOM I
FanfictionRagnarök nadszedł. Strzeżcie się tego, który niechybnie przybędzie, aby zasiać zniszczenie. Po upadku jednego ze światów na gałęziach przedwiecznego Yggdrasillu, została naruszona równowaga we wszechświecie. Ostatnie bariery oddzielające krainy od...
