I. Dom

28 1 0
                                        

Ostatnio często padał deszcz. Dom był stary, parkiet skrzypiał pod stopami.

Lekki niepokój ściskał serce Maxa, gdy stał na ganku, a słońce złośliwie szykowało się do zniknięcia za linią wysokich drzew okalających dom. Dom był duży, miał dwa piętra i mimo upływu czasu wyglądał na zadbany, może miał nawet przyjemny wystrój, ale Max miał nieodparte wrażenie, że było w nim coś złowieszczego. Może to przez tę nieco deszczową aurę i fakt, że dom znajdował się głęboko na obrzeżach miasta, stroniąc od towarzystwa innych domostw.

Chłopak uniósł nieco swój posrebrzany zegarek, zawieszony na łańcuszku tuż u jego boku. Kwadrans po szesnastej, a budynek stał jakby pusty. Uśmiechnął się do siebie. Może domownicy zupełnie zapomnieli o jego pierwszej wizycie i opuścili mieszkanie. Szkoda. To wielka szkoda, że mógłby oddalić się z tego miejsca o dziwnym nastroju i martwić się tym dopiero za tydzień...         
Gałka potężnych drzwi poruszyła się niespokojnie, a czyjaś twarz mignęła chłopakowi w ich przeszkleniu. Co za wielka szkoda.
Ktoś jednak na niego czekał.

Drzwi otworzyły się z głośnym szmerem. Stanął przed nim wysoki, elegancki mężczyzna z jasnymi włosami zaczesanymi idealnie do tyłu. Mężczyzna na oko w średnim wieku z poważną miną, patrzył na Maxa z ledwo dostrzegalnym wyczekiwaniem w jasnych oczach. Chłopak spiął się jeszcze bardziej. Poczuł się jak intruz, ktoś kto niepotrzebnie zawraca głowę domownikom tego zacnego miejsca.

— Pan do panicza, jak mniemam. — odezwał się mężczyzna wyraźnie zniecierpliwiony milczeniem gościa.

— Ja... tak, tak, oczywiście. — odparł nieco speszony.

Stanowczy wygląd, jak sądził, lokaja trochę go zawstydzał. Ten przyjrzał mu się uważniej, tak jakby chciał ocenić, czy Max w ogóle godzien jest przekroczyć próg tego domu. Po chwili, która chłopakowi okropnie się dłużyła, mężczyzna odstąpił od wejścia i wpuścił go do środka.

***

Problemem nie było to, że Max był złym uczniem. Pod względem nauki był on nawet znakomity, ale nie manifestował swojego uczniowskiego statusu odpowiednim zachowaniem.

Podczas lekcji zawsze było coś, co wytrącało go z równowagi. A to bazgrał coś w zeszycie, coś co uznawał za sztukę i rzecz ważniejszą od zasad arytmetyki, a nawet praw fizyki, to znów nachylał się do kolegów ze wszystkich stron i z pasją opowiadał o czymś zdecydowanie za głośno lub podejmował ostentacyjne próby znoszenia obecności nauczyciela. Natomiast w czasie przerw wprost przepadał za wyładowywaniem nagromadzonej energii na innych uczniach (z wzajemnością, jak potem tłumaczył ojcu). Do tego w nieznośnie melancholijne dni od obecności w szkole wolał wycieczkę do parku i spacer nad stawem, podczas którego intensywnie myślał o rzeczach szlachetnych i tych mniej, ale i równie istotnych. Niestety nikt inny nie pochwalał jego filozoficznych zapędów, bo jak się okazywało wagarowanie stanowiło ogromne przewinienie w tej prestiżowej placówce, na którą ojciec Maxa, co miesiąc wykładał pieniądze.

Mimo nagan, kar cielesnych, rozmów z nauczycielami i z ojcem, chłopak nie przejmował się zbytnio swoimi uchybieniami. Do tego roku.

Ponieważ ostatni rok szkoły był decydujący i Max dobrze o tym wiedział, siedział w klasie pana Smitha, słuchając jego wywodu prawie na bezdechu.

— Musisz coś z tym zrobić chłopcze. Oceny i wyniki z egzaminów końcowych są ważne, ale podczas rekrutacji na uniwersytet niekoniecznie dobrze patrzy się na kandydatów z marnym zachowaniem. — mówił pan Smith, przechadzając się po sali.

Max wodził spojrzeniem za wychowawcą. Dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, że w niedalekiej przyszłości może mieć problemy z powodu swojego zbyt beztroskiego podejścia do szkolnych norm.

Lucian | BL Where stories live. Discover now