Prolog

96 3 0
                                        

Lampy uliczne odbijały mój cień, który przemieszczał się wraz z liściem popychanym przez wiatr. Chciałam nie upaść, chciałam po prostu biec i nigdy się nie zatrzymać, ale diabeł, który siedział na moim ramieniu, szeptał mi do ucha, bym się poddała. Był przebiegły i deptał mi po piętach. Wyczuwał mój strach. Co ja mówię, on żywił się moim strachem i cierpieniem, więc starałam się nie płakać. Z moich oczu nie miała wylać się ani jedna pieprzona łza, bo mogłoby się to skończyć tragicznie. Cienki lód, na którym stałam, mógł w każdej chwili się pode mną załamać, wchłaniając w otchłań, gdzie czekał na mnie on.

On, czyli człowiek, a raczej demon panujący nad moim życiem. Wścibski, a zarazem tajemniczy, nieśmiały, a jednak władczy. Był swoim przeciwieństwem, gdy tylko musiał wtopić się w tłum, niczym cholerny kameleon. Niszczył każdego, kto stanął na jego drodze, bez skrupułów z radością oraz satysfakcją, ale takie miał niestety zadanie.

Na jego liście byłam też ja, dlatego nie mogłam teraz po prostu nie uciec. Moja sytuacja wymagała chwilowego odpoczęcia od spraw związanych z moim ojcem, matką i przede wszystkim gburowatą ciotką. Łańcuch przechodził po rękach naszej rodziny, jednak u mnie zacisnął się na szyi, utrudniając oddychanie.

Tak bardzo go nienawidziłam, chciałam jego śmierci. Kiedy się budziłam, bałam się, że może stać przy mnie z uśmiechem, który mroził krew w żyłach i chcąc odebrać mi ostatnie oddechy oraz myśli.

Drzewa, liście, chodnik, droga i mała zdechła mysz leżąca na poboczu, zapewne przejechana przez jakiś samochód. Pośród tego biegłam ja, nie mogąc złapać tchu, uciekając przed przeszłością i teraźniejszością. Nie miałam nawet pomysłu na przyszłość, chciałam najzwyczajniej w świcie odejść.

Zbliżałam się do skrzyżowania głównych ulic, które było punktem kulminacyjnym w wyprawie do bezpiecznego miejsca. Trzysta metrów, dwieście metrów, pięćdziesiąt metrów, zostało tak mało, a jednak tak wiele. Do przejścia na stronę East brakowało około ośmiuset metrów i przeskok przez rzekę, o ile nie udałoby mi się dostać na most, którego strzegli strażnicy.

Ból w klatce piersiowej narastał, nie wiedziałam, czy będę w stanie wynieść się z tego przeklętego miasta, miejsca, które było kiedyś moim ukochanym domem, do którego zawsze chciałam wracać, a teraz nie mogłam nawet na niego patrzeć.

— Zatrzymaj się! — głośny krzyk był już tak blisko, słyszałam go coraz mocniej i wyraźniej. — Do jasnej cholery! Ty szmato!

Biegłam dalej, nie zważając na przezwiska. Przyspieszyłam, ponieważ cel był już blisko. Spory, betonowy most był moją przepustką lub po prostu biletem do wolności. Jak na moje nieszczęście strażnicy zastawili wyjazd ogromnymi pniakami, które sięgały sosny obok. Drzewo miało na oko dobre osiem metrów jak nie więcej. Marzenie ściętej głowy, by w szybkim tempie wspiąć się na sam szczyt.

Jedyne wyjście, czyli rzeka.

Niewiele myśląc, wskoczyłam do lodowatej wody, nurkując. Dźwięk ucichły. Woda szumiała w moich uszach, ale oprócz tego, nic. Zadowolona z siebie płynęłam dalej. Pokrzepiała mnie myśl dostania się na drugi brzeg tak bardzo, że wyłoniłam na chwilę głowę, by nabrać powietrza.

I wtedy nastąpił strzał.

The ChainWhere stories live. Discover now