Rozdział 1

72 3 7
                                        


Mimo otaczającej mnie ciszy puszczy do dziś słyszałam w uszach odgłosy wielkiego wybuchu, a może zdarzyło się to ledwie godziny temu? Szłam przez las już tak długo, iż przestałam liczyć czas. Z otwartą raną w nodze posuwałam się powoli, ale nie zamieszałam się poddać. Nie mogłam.

Byłam z rodu Schnee. Drugą córką Willow Schnee, wielkiej przywoływaczki. Wnuczką samego Nicolasa Schnee stwórcy największej korporacji wydobywającą pył. Źródła energii i najlepszej broni przeciw istotą Grimm od wieków polujących na życie ludzkości.

Nie mogłam umrzeć tutaj, pośrodku zapomnianego lasu, ranna i słaba!

- Co powiedziałaby Winter, gdyby mnie teraz zobaczyła? - widząc w myślach zawód siostry, czując ciepło na policzkach przycisnęłam czerwony szal do twarzy pragnąc przegnać łzy. - Ruby, Yang, Blake proszę bądźcie bezpieczne.

Upadając przez ukryty pod śniegami korzeń trafiłam na biały puch, który w okolicach prawej nogi zaczął barwić się na czerwono.

- To tak bardzo boli. - wyszeptałam wstydząc się swej słabości.

Jednak taka była cena za wolność ludzkości. Relikt Wiedzy stworzony przez bogów nie mógł trafić w ręce istoty, chcącej użyć go do zniewolenia świata. Jej dyrektor choć specyficznie, wiernie bronił tego artefaktu od wieków pochłaniając życie setki ludzi jak i zapewne jego dawnych wcieleń.

Rzucając się w stronę salwy rakiet nie myślałam jednak o ocaleniu lampy. Myślałam, o swoich przyjaciółkach, które być może mogły nie przeżyć tak potężnej eksplozji. Już czystą głupotą było porwanie statku królestwa Atlasu, jednak walka z robotem stworzonym do uśmiercania podwodnych bestii...

- Była totalnym idiotyzmem.

Leżąc na grubej warstwie śniegu niemal poczułam uderzenie Winter w głowę, wyzywającą mnie od największych głupców. Nie wiedzieć czemu uśmiechnęłam się na to wspomnienie.

- Wygląda na to, że ty musisz odbudować dumę naszego nazwiska.

Zamykając oczy czułam jak kolejne łzy opadają na moje policzki. Nie żałowałam swojej decyzji. Uratowałam ludzi, którzy stali się moją prawdziwą rodziną.

Czy czegoś żałowałam?

- Nie. Choć szkoda, że nigdy nie pocałowałam chłopaka.

Mimo iż na pierwszym miejscu mych priorytetów w Akademii Beacon była edukacja, gdzieś z tyłu głowy zawsze tliła się we mnie chęć życia pełnego flirtów, romansów i sekretnych pocałunków.

- Pfff! Yang wyśmiałaby mnie dławiąc się własnymi sucharami, a Ruby powiedziałby, że to obleśne. Być może Blake zrozumiałby mnie choć trochę. Przecież jako jedyna miała kogoś w rodzaju chłopaka.

Zamykając oczy miałam nadzieje, że przynajmniej nie trafię na Grimmy. Dlaczego miałabym? Nie czuje w sobie złości, smutku, ani strachu. Nigdy nie żałowałam swoich czynów, jedynie złościłam się na siebie, że nie zrobiłam czegoś lepiej.

Wtedy ledwie słyszalny odgłos łamanych gałęzi zaalarmował wszystkie moje zmysły. Unosząc resztkę tego co zostało z Myrtenaster'a skierowałam połamany rapier w kierunku dźwięku. To nie mógł być Grimm. W tym wypadku już dawno byłabym martwa, a zwierzęta są zbyt strachliwe, by podejść do człowieka.

Nagle poczułam jak chłodny dreszcz zbiera mi się na karku, choć sądziłam iż w mojej sytuacji zimniej być nie może.

A co jeśli to człowiek? Koniec końców to mogłaby być jednocześnie najgorsza i najlepsza opcja. Jednak musiałam zaryzykować.

- Hej, jest tam kto? Potrzebuje pomocy.

Po chwili wymownej ciszy ponownie usłyszałam dziwny odgłos, jednak brak odpowiedzi doprowadził mnie do ostatnich uczuć potrzebnych w mojej sytuacji. Irytacje.

- Przepraszam, czy ty mnie ignorujesz?

Nie wiedziałam kim był obcy, jednak wewnętrzna złość dała mi siłę, by stanąć na nogi.

Jak boga kocham. Jestem umierająca, pozbawiona aury i broni. Z własnej krwi zrobiłam na śniegu wężyk prowadzący drapieżniki prosto do mojej osoby i co najgorsze moje ubranie jest w szczątkach. Nie miałam zamiaru umierać dopóki nie zabije czystego chamstwa zlepionego w postać tej osoby.

Złość momentalnie zniknęła, gdy ujrzałam bieżące ślady krwi. Choć sądziłam, że straciłam jej sporo, widok tego obrazu zmusił mnie do zakrycia ust z szoku.

Widocznie ciągnięto tu coś ciężkiego. I coś naprawdę mocno krwawiącego.

-To głupota, zostaw to i uciekaj jak najdalej stąd. - szepcząc do siebie odwróciłam się w celu odejścia stąd. - A co jeśli ktoś tam potrzebuje pomocy? - odezwało się moje sumienie. - Przed chwilą również jej potrzebowałaś, nieprawdaż? Nadal potrzebujesz pomocy i chcesz zostawić kogoś w gorszej sytuacji?

- Niech cię sumienie.

Idąc po śladach krwi, po chwili dotarłam do plątanin korzeni, oraz niewielkiego wgłębienia ukrytego pod drzewem. Ktoś tam siedział, nadal porządnie krwawiąc, jednak żyjąc.

Czerwonowłosy obcy oddychał miarowo, jednak słabo. Bardzo słabo. Przyciskał kawałek materiału do rany choć drugiej widocznie nie miał czym zatamować. Również jak ja był przemoczony cały czas drżąc, a jego blada skóra prawie wtapiała się w śnieg.

Robiąc kolejny krok śnieg zaskrzypiał pod moimi obcasami. Na ten odgłos jedno niesamowite błękitne oko otworzyło się patrząc obojętnie w moją stronę.

Robiąc kilka kroków w jego kierunku, w końcu w jego spojrzeniu pojawiała się panika. Unosząc czerwony miecz zamachnął się nim w moją stronę, zmuszając mnie do cofnięcia się.

- Ani kroku dalej, człowieku. - jad z jakim to wypowiedział spowodował we mnie złość, jednak w tej chwili nie mogłam złościć się na kogoś umierającego. Dopiero po jego słowach ujrzałam czarne kozie rogi schowane za roztarganymi na wszystkie strony czerwonymi jak krew włosami.

- Adam.

Wypowiedzenie tego imienia zmusiło mnie do cofnięcia się paru kroków, tym razem bez grożenia mi mieczem.

- Witaj Schnee. - uśmiechnął się ukazując zakrwawione zęby. - Nie sądziłem iż sam diabeł przybędzie dokończyć robotę zdrajczyni.

Snow white and her beast // frostbiteMga kuwentong kahuhumalingan mo. Tumuklas ngayon