Hello brothers!

36.3K 721 352
                                        

Czekałam na mamę, która miała przywieźć mi jeszcze jedną walizkę. Chciałam zabrać większość ubrań — nie dlatego, że jestem ciuchomaniaczką, ale żeby oszczędzić sobie biegania po sklepach. Zwłaszcza z moimi braćmi, których nie widziałam od dawna. Z jednej strony chciałam się z nimi spotkać, z drugiej miałam w sobie lęk. Bałam się, że wszystko potoczy się jak z Gwen, moją przyjaciółką, która po przeprowadzce do brata zginęła. Moi bracia zawsze mieli szalone pomysły, które kończyły się w szpitalu albo na komisariacie. Miałam tylko nadzieję, że choć trochę z tego wyrośli.

― Carly! ― głos mamy zabrzmiał radośnie w korytarzu. Jak zwykle promieniała uśmiechem. Kochałam ją całym sercem, choć byłyśmy swoimi przeciwieństwami. ― Mam walizkę! ― weszła do pokoju, trzymając różową torbę w panterkę. Gorszego wzoru chyba wybrać nie mogła. ― Pakuj się i jedziemy, przed nami długa droga.

Bez słowa chwyciłam ohydną walizkę i zaczęłam się pakować.

Pół godziny później byłam gotowa. Z trudem zniosłam wszystkie bagaże na dół, a mama siedziała w kuchni, zatopiona w gazecie.

― Co ciekawego piszą? ― zapytałam, chcąc zwrócić jej uwagę.

― Przedwczoraj niedaleko chłopców była masakra. Dwóch zamaskowanych mężczyzn rozstrzelało ponad dziesięć osób.

― Świetnie. Czyli jest szansa, że zginę. ― westchnęłam. ― Jedziemy?

Bez słowa wyszłam, wrzuciłam walizki do bagażnika i czekałam na mamę.

― Córcia, co ty taka spięta? ― uniosła na mnie wzrok.

― Wolałabym zostać tutaj ― przyznałam. ― Nie chcę skończyć jak Gwen. Ona też mieszkała w tamtych stronach.

― Przesadzasz ― przewróciła oczami. Czasem zachowywała się jak nastolatka.

― Możemy już ruszać? ― spytałam z westchnieniem. Mama zamknęła dom i wróciła do auta.

― Mam nadzieję, że nie będzie korków.

― Nie liczyłabym na to ― mruknęłam.

Usiadłam z tyłu, bo tam było wygodniej. Mogłam się położyć i zdrzemnąć, a mama i tak nie rozmawiała w trakcie jazdy. Myśli krążyły wokół moich braci. Jak teraz wyglądają? Czy się zmienili? Czy wciąż są tacy sami? Nie mieliśmy kontaktu od lat. Nie dlatego, że byliśmy pokłóceni — po prostu tak wyszło.

Kiedy utknęłyśmy w korku na ponad dwie godziny, kilka razy wysiadałam i szłam kawałek pieszo, tylko po to, żeby wrócić. Tak, byłam dziwna.

― W końcu ― mruknęłam, kiedy ruszyłyśmy. ― Jeszcze trochę i poszłabym przez pola.

― Daleko byś nie zaszła ― zaśmiała się mama.

Resztę drogi spędziłam w milczeniu, próbując wyobrazić sobie Jeffa i Ala. Czy dorośli, czy dalej byli tak samo powaleni? W rodzinie zawsze to ja byłam „czarną owcą". Nie przez zachowanie, a przez wygląd. Czarna, bo tylko takie ubrania miałam w szafie. Owca, bo takie przezwisko nosiłam od dziecka.

― W końcu miasto ― odetchnęła mama. ― Ten wypadek na autostradzie wszystko popsuł.

― Wykrakałaś ― rozłożyłam się na siedzeniach. ― Daleko jeszcze?

― Nie, dwie przecznice.

Żołądek zacisnął mi się ze stresu. Bałam się tego spotkania.

― Jesteśmy ― oznajmiła wreszcie mama. Spojrzałam na zwyczajny, jasny domek. Jak na facetów, był aż dziwnie „babciowaty".

― To moi synowie ― powiedziała z dumą.

Bez pośpiechu wysiadłam, wyciągnęłam walizki i spojrzałam na drzwi, za którymi mieli czekać moi bracia.

###

Witam w pierwszym rozdziale! 




CZARNA OWCAHistorias para obsesionarse. Descúbrelo ahora