prolog

333 35 3
                                        

a/n: [włączcie piosenkę powyżej]

Gładził leniwie bladą dłoń chłopaka, drapiąc lekko paznokciami cienką jak papier skórę. Chciał poczuć jakiekolwiek ciepło z jego strony, ale spotkał się jedynie z chłodem popękanej, aczkolwiek cudownie oliwkowej skóry. Przyłożył ją do swoich ust, składając czułe pocałunki na każdym pojedynczym paluszku. Robił to za każdym razem.

– Taehyungie, obudź się już, proszę – szeptał, owiewając jego dłoń gorącym oddechem. Wiedział, że chłopak prawdopodobnie go nie słyszy i jest gdzieś daleko, daleko w swoich najgłębiej zakopanych snach, z których prędko nie wyjdzie. A Jeongguk bardzo chciał, by wyszedł. Zawsze wychodził. Tym razem również to zrobi.

Był bardzo zmęczony, a jego chory kręgosłup dawał się we znaki od czternastogodzinnego siedzenia przy szpitalnym łóżku młodzieńca. Ale Jeon nie mógł tak po prostu go zostawić, to on przecież za każdym razem był przy nim gdy otwierał spuchnięte oczęta i to on za każdym razem wycierał łzy z jego policzków gdy docierało do niego, że po raz kolejny mu się nie udało. Brunetowi wtedy serce łamało się na pół bo nie mógł zdzierżyć, że jego najpiękniejszy aniołek to robi. Że krzywdzi ich oboje. Niezwykłym paradoksem był fakt, iż niszczył bardziej Jeongguka, niż siebie samego.

– Kochanie, już powinieneś otworzyć oczka, wiesz? – Jeon położył głowę na miarowo opadającej klatce piersiowej swojego malca kontynuując: – Tęsknię za tobą Taehyungie, błagam, wróć już do mnie. Zawsze przecież wracasz. Nie zostawiaj mnie tu samego. Wiesz dobrze, że nie poradzę sobie bez ciebie. – łzy płynęły ciurkiem po jego twarzy, a on nawet nie starał się ich zahamować. Ze spokojem patrzył na twarz Taehyunga, która z jego perspektywy wręcz promieniała. Może i nie gościł na niej nawet najmniejszy cień uśmiechu, to dla chłopaka i tak ta twarzyczka przepełniona była ciepłem. Bo Taehyung cały w sobie był ciepłem. Nawet teraz, leżąc podpięty do respiratora i z bardzo brzydkimi, purpurowymi siniakami na szyi.

Pomieszczenie wypełniał dźwięk maszyny podtrzymującej Kima przy życiu, irytujące tykanie zegara i cichy, ledwo słyszalny płacz Jeongguka. To wszystko zlewało się w harmonię smutku, który pęczniał z każdą minutą. Dla chłopaka to wszystko było zwykłą monotonią. Miał już zakodowane w głowie, że maszyna musi tak właśnie pikać, zegar nie ma wyjścia i jest zmuszony uporczywie wybijać kolejne sekundy, minuty, godziny. A on płakał, bo tak musiało być. Wszystko było po coś, on był tu po coś, jego chłopak był tu po coś, oni byli tu po coś. Tylko tak właściwie po co? Po co to wszystko było?

Nagle poczuł delikatny dotyk na dłoni. Jeongguk wzdrygnął się mimowolnie, bo może i przeżywał już to nie jeden raz, to i tak zawsze przechodziły przez jego ciało te dziwne prądy. Nic nie mógł poradzić, że reagował nawet na tak subtelny dotyk. Momentalnie podniósł się do pionu i chwycił w dłoń leżący na nocnej szafeczce pilot, który zawiadamiał pielęgniarkę. Na jego twarzy zawitał mały uśmiech, bo może jeszcze jego słońce się nie obudziło, ale poczuł jak poruszał palcem. Mimo iż było to jedynie skinięcie, to dla niego i tak było bardzo wiele. Taehyung powoli do niego wracał.

– Coś się dzieje z pacjentem? – po kilku minutach w drzwiach pojawiła się niska, czarnoskóra pielęgniarka z tonami papieru w rękach. Jej twarz wyrażała zmęczenie i znużenie. Jeongguk wcale jej się nie dziwił, zresztą, na jego twarzy było wymalowane dokładnie to samo.

– Chyba się budzi, niech siostra zawoła lekarza! – zaśmiał się w nerwach, kurczowo trzymając małą dłoń śpiącego Tae. Jeongguk odczuł, że jest bardzo odwodniony. Kiedy on ostatnio pił? Nie pamiętał, ale na pewno wypadło mu z głowy, by zaspokoić swoje pragnienie.

Kobieta skinęła głową i wyszła zostawiając chłopców samych.

– Proszę Taeś, nie rób nic głupiego i grzecznie się obudź. Pamiętaj, że czekam na ciebie...

                                    — ° —

– Mhm, powracają czynności życiowe – stwierdził lekarz, kręcąc lekko głową pacjenta na boki. – Zaraz się obudzi.

– Dziękuję doktorze, dziękuję.

– Mówi mi pan to za każdym razem, a ja za każdym razem odpowiadam, że nie ma za co – westchnął starszy mężczyzna, chowając dłonie w kitel. – Niech pan z nim porozmawia, bo następnym razem może nie mieć tyle szczęścia. Tylko niech pan przekaże mu to dosadnie, musi w końcu zrozumieć, że to już nie są żarty. On jest wycieńczony tym wszystkim.

– Wiem, będę o niego dbać – zawiesił na chwilę wzrok na chłopaku. – Zawsze to robię.

A wtedy pacjent zaczął leniwie podnosić swoje powieki, co przychodziło mu z wielkim trudem. Rażące światło dotarło do jego oczu, przez co zamknął je szybko z powrotem. Serce kołotało mu w niespokojnym rytmie, całe ciało go bolało, a w głowie miał potworny mętlik. Zaraz, czyżby znowu mu się nie udało?

– Kochanie, obudziłeś się - Jeongguk w mgnieniu oka pojawił się na łóżku widząc, jak chłopak zaciska mocno oczy, by się nie rozpłakać. Wiedział też doskonale, że przy lekarzu się nie rozklei, dlatego brunet posłał w kierunku mężczyzny poruzumiewawcze spojrzenie. Ten opuścił pomieszczenie wiedząc, że miał zjawić się ponownie u chłopców za dokładnie sześć minut i dwadzieścia sekund. To wszystko po prostu się powtarzało.

– Gguk? – ledwo co wychrypiał.

– Tak?

– Znowu się nie udało, prawda? Nie zabiłem się...

Grube ostrze coraz bardziej wżynało się w serce Jeona, ze słowami wypowiedzianymi przez Taehyunga. Stopniowo coraz mocniej i mocniej wywiercało w nim dziurę. On po prostu nienawidził gdy starszy tak mówił. Nie znosił tego. Ale co mógł na to poradzić? Przecież musiało tak być.

– Nie zabiłeś się, żyjesz. Jesteś tu ze mną kochanie – chwycił drżącymi rękoma jego dłoń, szczelnie ją chowając, jakby chciał ją ochronić przed całym światem.

– Ale Kookie, ja chciałem być tylko jak ptaszek, chciałem umieć latać jak on. Dlaczego nic mi nie wychodzi? – starszy, pozwolił słonym łzom okalać jego zaróżowione policzki. Był beznadziejny. Bardzo dobrze o tym wiedział. Czuł rozczarowanie sobą, bo kolejna z rzędu próba samobójcza mu nie wyszła.

– Może twoim przeznaczeniem nie jest bycie ptaszkiem? Może ktoś tutaj potrzebuje cię bardziej? Nie myślisz o tym czasami Tae?

– Nie, bo moje życie jest do niczego i jedynym co mam, jesteś ty – zaszlochał żałośnie, patrząc na rozmywający mu się przed oczami sufit.

– Dlatego nie zostawiaj mnie maluchu, pozwól mi cię zatrzymać przy sobie.

Taehyung pociągnął nosem przenosząc wzrok na swojego chłopaka. Kochał go. Wiedział, że z wzajemnością. Ale nie umiał sobie wbić do głowy, że Jeongguk potrzebował go tu, na Ziemi. On swoimi myślami był daleko w chmurach, lecąc beztrosko jak mały ptaszek. Tylko tam był całkowicie wolny. Wmawiał sobie, że tylko wtedy będzie szczęśliwy.

– Następnym razem się uda, następnym razem stanę się...

– Nie – przerwał mu surowo Jeongguk. Przy wcześniejszych rozmowach nigdy by się na to nie zdobył, ale wszystko się w nim skumulowało i po prostu nie wytrzymał. – Nie staniesz się,
bo wtedy ja też zostanę ptaszkiem. Właśnie tak Taehyung, jeśli ty umrzesz, ja umrę z tobą.

fly with me [ taekook ]Stories to obsess over. Discover now