-Alex, mamy problem. -Szef ochrony w moim klubie wchodzi do gabinetu, gdzie siedzę nad papierami.
-Co się dzieje? -Patrzę na Toma z niepokojem.
-Mamy w klubie dilera.
-Kurwa. -Wstaję z fotela i razem idziemy na salę. -Nasz, czy człowiek?
-Człowiek, ale głupi. Próbował sprzedać amfę naszym.
-Gdzie teraz jest? -Schodzę spokojnie po schodach, bo wiem że chłopaki z ochrony doskonale poradzą sobie z problemem.
-Odpoczywa w piwnicy, Emma z nim jest. -Uśmiecha się pod nosem.
-Zostawiłeś swoją mate z dilerem?
-Tak. -Patrzy na mnie. -Jak myślisz, na kogo stawiam w tej walce?
-Nie mam wątpliwości, co do umiejętności Emmy. Co miał przy sobie?
-Kokę, amfę, ex. -Tom wzrusza ramionami. -Gdyby ktoś z naszych dał się namówić, to byśmy mieli kłopot.
-Myślisz, że nie wiem? -Tak jak alkohol nie wpływa na wilki, tak prochy są paskudne. Jako gatunek jesteśmy agresywni, a zmienny nie panujący nad sobą mógłby zabijać wszystkich jak popadnie i nic nie pamiętać.
-Emmo. -Uśmiecham się do dziewczyny, gdy wchodzę do pomieszczenia. Na środku stoi krzesło, a do niego przywiązany, lekko poobijany szczylek.
-Cześć Alex. -Dziewczyna nawet na moment nie spuszcza wzroku z naszego gościa.
-Co my tu mamy. -Stawiam sobie krzesło na przeciw chłopaczka i siadam na nim okrakiem.
-Samuel Davidson, lat dwadzieścia. Mieszka w Waszyngtonie, a do nas przyjechał na gościnne występy.
-Przeszukaliście auto?
-Tak. -Tom odzywa się zza moich pleców. -Całe prochy są na stoliku pod ścianą.
-Dużo tego jest? -Patrzę na dilera, który aż trzęsie się ze strachu.
-Jakieś dziesięć tysięcy. -Emma strzela kostkami.
-Powiedz mi proszę. -Zwracam się do chłopaczka. -Jak musisz być głupi, że wchodzisz z narkotykami do mojego klubu?
-Spierdalaj. -Nim kończy wypowiadać słowo, ląduje na plecach od uderzenia pięścią w twarz.
-Postaw go proszę z powrotem. -Uśmiecham się do Emmy. -Nie będę się schylał.
-Nic nie powiem. -Chłopak próbuje wyrwać się z więzów.
-Powiesz. -Uśmiecham się kpiąco. -Tylko od ciebie zależy, jak mocno będzie bolało.
-Nie powiem, bo mnie zabiją. -Po jego twarzy zaczynają płynąć łzy.
-Ja też to mogę zrobić. Mogę ci łamać kość po kości. Mogę wyrywać paznokcie, mogę nawet wydłubać ci oczy. -Pod krzesłem pojawia się plama z moczu, gdy ściskam jego nadgarstek łamiąc pierwszą kość. -Pamiętaj ze jesteś na moim terenie, a ja tu mogę wszystko.
-Nie, proszę. -Chłopaczek cały się trzęsie. -To Ridersi. To oni kazali mi tu przyjechać i sprzedać towar.
-Gang z Waszyngtonu? -Tom podchodzi i za gardło podnosi dilera.
-Tak. -Chrypi.
-Zwiększ czujność. -Zwracam się do Toma. Jedno uderzenie i młody diler odjeżdża. -Pozbądźcie się dzieciaka, gdzieś na obrzeżach miasta.
-Poinformujesz Marka? -Tom zarzuca sobie nieprzytomnego chłopaka na ramię.
-Nie teraz. -Zerkam na zegarek, który pokazuje na trzecią w nocy. -Pogadam z nim rano.
-Będzie chciał wiedzieć.
-Powiem chłopakom na bramach by zwiększyli patrole, a rano porozmawiam z alfą. Mała Gaja już i tak nie daje im spać.
-Jak twoja chrześnica? -Na twarzy Emmy rozkwita uśmiech.
-Jest niesamowita. -Na samo wspomnienie małej księżniczki podnoszą mi się kąciki ust. -To najpiękniejsza kobieta na ziemi.
-Alex, ona ma dopiero trzy miesiące. -Emma śmieje się głośno.
-Ale już skradła moje serce.
-Poczekaj, aż znajdziesz swoją mate. -Tom podchodzi i ramionami obejmuje swą kobietę.
-Jeszcze nie znalazłem, więc mogę rozpieszczać księżniczkę.
-Chciałabym, byś znalazł swoją przeznaczoną. -Emma klepie mnie po ramieniu.
-Dlaczego?
-Mogłabym ci dokuczać, jak ty nam.
-To może ja już pojadę do domu. -Uśmiecham się do przyjaciół. -Zamkniecie?
-Jak zawsze.
-To do jutra. -Wchodzę do gabinetu, by zabrać kurtkę i kluczyki do auta. Jak na początek listopada jest zimno. Rzadko zdarza się, by o tej porze roku były kilku stopniowe mrozy. Jadę w kierunku osiedla, a w radio Eminem przeprasza matkę. Nagie drzewa migają w świetle reflektorów, gdy nagle na drodze pojawia się zakrwawiona postać.
-Kurwa. -Zostawiam sporą ilość opon na drodze, gdy hamulce zaciskają się na tarczach.
-Co ci się stało? -Wyskakuję z auta, gdy dziewczyna upada na drogę. -Jej cienka bluzka cała w strzępach powiewa na zimnym wietrze. Nagie nogi, pokryte krwią, okrywają tylko skarpetki. Ściągam kurtkę i okrywam dziewczynę.
-Nie odjeżdżaj mi tu. -Mówię, gdy jej czekoladowe oczy wywracają się do góry. -Malutka, kim jesteś. -Potrząsam jej ramionami.
-Evan, Evan McKay. -To jedyne co wyrywa się z jej ust, nim całkowicie odpływa na moich rękach.
*************************
No to zaczynamy kolejną z przygód przyjaciół z Crossing.
Rozdziały będą pojawiać się raz w tygodniu.
Dajcie znać, jak wam się podoba.
Pozdrawiam B.
