Wilson otworzył oczy. Leżał na soczystej, zielonej trawie. Patrzył wprost w bezchmurne niebo. Nagle na jego twarz padł cień. Poderwał się i stanął naprzeciw wysokiego, elegancko ubranego mężczyzny. Dał mu na oko niecałe pięćdziesiąt lat.
-Powiedz no kolego... Nie wyglądasz zbyt dobrze. - odezwał się mężczyzna -Może powinieneś poszukać trochę jedzenia zanim zapadnie zmrok. Po zmroku może się tu zrobić dosyć niebezpiecznie. - uśmiechnął się i zniknął w kłębie dymu. Wilson jeszcze chwilę wpatrywał się w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stał tajemniczy jegomość. Odwrócił się z lekkim niepokojem i spróbował go wypatrzeć gdzieś w krzakach. Oczywiście nic nie zobaczył.
-To raczej nie był żart, prawda? - mruknął trochę do siebie, a trochę do otaczającego go świata. Jeszcze raz rozejrzał się dookoła. Stał pośrodku niewielkiej polany. Było tam trochę krzewów z jagodami i porozrzucanych po ziemi kamieni. Gdzieniegdzie rosły kępy wysokiej, żółtawej trawy. Wszystko to otoczone było świerkowym lasem. Jak właściwie się tu znalazł? Kim był ten człowiek? Musiało być jakieś logiczne wyjaśnienie, a on jako naukowiec zamierzał do niego dojść. Pamiętał, że budował maszynę. Głos z radia kazał mu pociągnąć za dźwignię... Chwila! To przecież był głos tego mężczyzny sprzed chwili. Czyli jednak to nie był przebłysk wewnętrznego geniuszu... Maszyna prawdopodobnie go odurzyła jakimś gazem, a potem został tu przeniesiony. Ten człowiek musiał szperać przy jego urządzeniach. To chyba najlogiczniejsze wytłumaczenie sytuacji, w której się znalazł. Nadal pozostawało jednak pytanie ile czasu minęło i jak daleko był od domu. Teraz jednak najważniejsze było zdobycie jedzenia i rozejrzenie się po okolicy. Ruszył przed siebie w pierwszym lepszym kierunku i zagłębił się w las.
Szedł tak i szedł jakieś kilka godzin i nadal nie natrafił na żaden ślad cywilizacji. Zaczynał się już męczyć, ale obiecał sobie, że nie spocznie póki nie znajdzie jakichś ludzi. Pochylając się pod gałęzią kolejnego świerka identycznego jak pozostałe potknął się o wystający korzeń i wylądował twarzą w pajęczynie. Ale nie była to zwykła pajęczyna. Była bowiem utkana z wyjątkowo grubych i lepkich nici rozciągniętych na ziemi. Z wielkim trudem odkleił się i spojrzał w oczy wielkiemu pająkowi. Powietrze rozdarł przeraźliwy krzyk, a chwilę później Wilson biegł ile sił w nogach, byle dalej od tej ośmionożnej poczwary. Zobaczył niewielki budynek wyglądający jak wychodek. Chciał się w nim schować, ale drzwi były zamknięte. Podniósł z ziemi losowy kij i obrócił się w stronę pająka. Okładała go jakaś człekokształtna świnia w spódniczce z liści. Naukowiec przechylił głowę. Nigdy wcześniej nie widział takich stworzeń. Gdyby nie to, że do podstawówki chodziła z nim dziewczyna rozniecająca ogień siłą woli stwierdziłby, że coś takiego jest niemożliwe. W tej chwili dotarło do niego, że może nie znajduje się już na Ziemi. Przełknął ślinę. Musiał stąd czym prędzej uciekać. Nie wiedział tylko jak. Skoro na razie wydostanie się było mało realne jego celem było przeżycie i eksploracja aż znajdzie coś użytecznego. Udał się dalej w kierunku, który obrał na samym początku. Nie zaszedł daleko, aż znalazł porzucony szkielet. 'Jak widać nie jestem tu pierwszy' pomyślał. Obok trupa leżała siekiera, nóż i plecak. Podniósł go i zajrzał do środka. Było tam tylko kilka krzemieni i śmierdzący kawałek mięsa. Zabrał nóż, wyrzucił zepsuty kąsek i podniosłszy siekierę podszedł do najbliższego drzewa. Nigdy wcześniej nie musiał nawet rąbać drewna na opał. Wywodził się z bogatego rodu i wszelkie roboty manualne były wykonywane przez zastępy służących. Zamachnął się, a potem znowu i znowu. W końcu drzewo upadło pozostawiając po sobie w ziemi tylko niski pieniek. Porąbał je na mniejsze kawałki i wrzucił trochę do plecaka. Mogą przydać się do zrobienia solidniejszego ogniska. Po kolejnych kilku chwilach marszu wyszedł z lasu na rozległą sawannę. Kawałek z prawej dostrzegł połać terenu usianą wystającymi z ziemi głazami większymi od niego, a wcale taki niski nie był. Spojrzał w lewo, gdzie jak ustalił wcześniej znajdował się zachód. Słońce wisiało coraz niżej nad horyzontem. Tak na oko zostały mu ze dwie godziny światła. Co się stanie potem? W nocy miało zrobić się niebezpiecznie. Może ogień odgoni to niebezpieczeństwo. Na dzikie zwierzęta to podobno działało, ale dlatego, że ogień kojarzył im się z ludźmi. Mimo wszystko nie zaszkodzi spróbować. Nie chciał zostać w tym świecie w absolutnej ciemności. Zebrał trochę suchej trawy na podpałkę i spojrzał na kicającego radośnie królika. Jakby w odpowiedzi zaburczało mu w brzuchu. Po drodze znalazł marchewkę. Czy opłacało się poświęcić ją dla mięsa? Oczywiście, że tak. Czy będzie potrafił złapać królika? Wątpliwe. Zastanowił się na chwilę, po czym nie spuszczając królika z oczu odszedł kawałek i opróżnił plecak. Podszedł z powrotem do zwierzątka, ale nie na tyle blisko, żeby je wystraszyć i położył na ziemi marchewkę, po czym schował się w wysokiej trawie. Królik podkicał do marchewki i chwycił ją w zęby. Wilson rzucił się do przodu z roztwartym plecakiem. Zwięrzątko było szybsze niż się spodziewał, ale jakoś udało mu się je pochwycić. Podniósł plecak i udusił zdobycz przez materiał, a potem rzucił na ziemię. Rozpalił prowizoryczne ognisko i zabrał się do skórowania. Tego również nigdy nie robił, więc przysporzyło mu to trochę problemów, ale w końcu się udało. Następnie upiekł go nad strzelającymi w górę płomieniami. Nie był pewien, czy chce próbować swojej kuchni, więc pobawił się trochę mięsem, ale ostatecznie zjadł wszystko. Po dniu pełnym wrażeń był padnięty, a jako że miał już pełen brzuch rozciągnął się na ziemi i zasnął.
***
Gdy otworzył oczy promienie słońca lekko muskały go po policzku. Zmarszczył czoło. 'Hmmm, to dziwne' pomyślał 'podobno miało być niebezpiecznie, a ja spokojnie przespałem całą noc'. Spojrzał na wygasłe dawno ognisko, po czym wzruszył ramionami i wstał. W plecaku miał jeszcze trochę zieleniny, więc jedzeniem mógł zacząć się martwić po południu, a tymczasem poszedł w stronę skalnego pustkowia. Na miejscu zrobił kilof z kilku krzemieni i patyka. Narzędzie to nie było zbyt solidne, a może nawet wcale. Jakimś cudem jednak działało i już po chwili łupał kamienie. Z zadowoleniem stwierdził, że oprócz litej skały było tam dużo kruszcu, za który ludzie mogliby zabić. Chodzi oczywiście o złoto. Gdy miał już pełen plecak wrócił do miejsca gdzie nocował. Ułożył z kamieni krąg na przyszłe ogniska i wtedy naszło go natchnienie. Z materiałów, które miał zbudował dziwne urządzenie przypominające kształtem człowieka bez jednej ręki. Nazwał ją/go (sam nie wiedział jak myśleć o swoim dziele) Robert. Z miną zwycięzcy wziął głęboki wdech. Poczuł dym. Chwycił siekierę, która wydała mu się lepszą bronią niż nóż i pobiegł w stronę źródła zapachu. Minął stado włochatych bawołów. Mogły mu się w przyszłości przydać, ale teraz nie miał na nie czasu. Przed nim palił się las.
~*~*~*
Oto początek mojego kolejnego opowiadania. Mam nadzieję, że przypadnie wam do gustu, chociaż biorąc pod uwagę moje zdolności (a są mierne) może być z tym ciężko. Nie wiem jak często będą pojawiać się rozdziały bo to też różnie u mnie bywa. Do następnego ^^.
YOU ARE READING
Don't Starve: W Niewoli Cieni
FanfictionWiększość z osób, które zacznie to czytać zna fabułę gry, ale dla tych niewtajemniczonych: Akcja dzieje się najprawdopodobniej w Anglii na przełomie XIX i XX wieku. Historia opowiada o grupce ludzi, którzy zostali przeniesieni do dziwnego świata, kt...
