):)

1.1K 133 45
                                        

Plecy bolały mnie do ciągłej wędrówki. Mój stary wiek coraz częściej daje się we znaki. Tak stary, że sam nie wiem ile mam teraz lat, bo już dawno przestałem liczyć. Świat się zmienił, ludzi których znałem i kochałem już nie ma, ale i tak mam jeszcze po co żyć. Jeden zwyczaj trzyma mnie jeszcze przy życiu. Jest nim mianowicie codzienne siadanie obok jeziora Avalon i oczekiwanie na powrót mojego króla. Arthura. Powiecie pewnie, że zajęcie to nie ma ani trochę sensu, ale jednak ja wciąż wierze.

Pewnego wieczoru, jak codziennie usiadłem przy dobrze mi znanym jeziorze i wpatrywałem się, w odbijającą zachodzące słońce, tafle wody. Wszystkie wspomnienia - te smutne i te wesołe - powróciły. Najgorszym i na moje nieszczęście najbardziej  przeze mnie wspominanym była śmierć Arthura. Mojego najwierniejszego i najwspanialszego przyjaciela. Przynajmniej w jego oczach byliśmy tylko przyjaciółmi. Mnie od zawsze imponował bardziej. Do pewnego czasu bałem się użyć tego słowa opisując relacje z nim, ale to już za mną. Teraz mogę z dumą przyznać, że byłem zakochany w Arthurze Pendragonie, co z jednej strony wywołuje u mnie przyjamne ciepło na sercu, a z drugiej, z moich oczu od razu płyną łzy. Dlaczego nie powiedziałem mu tego, gdy jeszcze żył? Dlaczego byłem takim tchórzem? On przecież miał Gwen, którą kochał nad życie, dlaczego miałby pokochać służącego, w dodatku posługującego się magią, której przecież od dawna tak nienawidził. Do czasu oczywiście. Tą tajemnice również powiedziałem mu za późno. Wszystko robiłem zawsze za późno.

Z zamyślenia wyrwał mnie widok piłki przelatującej przed moimi oczmi. Okrągły przedmiot wyląował tuż przede mną. Chwyciłem go i zacząłem rozglądać się kto mogł ją zgubić. Wtedy go dostrzegłem. Młodego blondwłosego chłopaka, w czerwonej koszulce. Bardzo mi kogoś przypominał, aż za bardzo.

-To chyba twoje - odparłem, podając mu piłkę drżącą ręką.

-O dziękuje proszę pana. - odparł również bardzo znajomym mi głosem. Ale to przecież nie mógł być ten o którym myślę.

-Chyba się zraniłeś, chodź odkażę ci to. - powiedziałem, gdy zauważyłem krew spływającą z jego kolana. Pod ręką zawsze nosiłem jakieś leki, a stare przyzyczajenia przetrwały i miałem potrzebę pomocy ludziom.

-Dziękuje Panu. Przyda się, bo boli jak chodzę, a muszę jakoś wrócić do domu. - odpadł siadając obok mnie na trawie. - Kiedy grałem z kolegami upadłem i chyba coś sobie wbiłem, jestem strasznym niezdarą. - zaśmiał się, zupełnie jak on.

-Nie ma sprawy chłopcze, zaraz będzie ci się lepiej chodziło. - odpowiedziałem, uśmiechając się. Dawno tego nie robiłem. - Jak masz na imię? - Musiałem zadać to pytanie. Za bardzo mi go przypominał.

-David, ale mówią na mnie "D"- odparł szybko. Tak jak myślałem, to przecież nie mógł być on. Ale jestem naiwny.

-Mhm - mruknąłem. To jedyne co przyszło mi teraz na myśl. Nie ukrywam, troszkę się zawiodłem.

-Dlaczego Pan posmutniał? - Zapytał bondyn i cicho zasyczał, bo właśnie dotknąłem ranę wacikiem z wodą utlenioną.

-Wyglądasz jak on. - powiedziałem. - Jak mój stary przyjaciel, znaczy się. - dodałem, oriętując się, że po pierwszej odpowiedzi mogł mnie nie zrozumieć.

-A co się stało? Już się pan z nim nie przyjaźni? - zapytał mnie. Wyglądał na coraz bardziej zainteresowanego tematem. 

-Zmarł. Właśnie w tym miejscu. Dlatego sobie tu czasem przychodzę, powspominać. - westchnąłem. - Chyba na prawdę bardzo to lubie. - uśmiechnąłem się smutno. Otworzyłem torbę i wyjąłem bandaż. Rozwinąłem początek i przyłożyłem do odkażonej już rany.

-Widać, że naprawdę go pan lubił. - rzekł młodzieniec, uważnie mi się przyglądając. 

-Kochałem go młody przyjacielu, kochałem go jak nikogo innego wcześniej ani później. Zawsze był dla mnie wsparciem, powodem do uśmiechu, a ja zawsze starałem się go chronić, co również sprawiało mi niewyobrażalną radość. Pewnie też masz kogoś takiego. Kogoś takiego, za którego mógłbyś skoczyć w ogień. - poczułem wilgoć na moim policzku. - Ale co ja się rozgaduje, jak to mówią, co dobre zawsze się kończy. - przetarłem oczy i obróciłem się, aby wyjąć z torby plaster do sklejenia bandażu, którym już skończyłem owijać nogę Davida. - Gdzie ja to mam, ugh, to już nie ten sam wzrok co kie- przerwałem czując ciepłą rękę leżącą na mojej. 

-On ciebie też kochał i cały czas kocha, Merlinie. - Odwróciłem się i wtedy go ujrzałem. Siedział na trawie, tak jak dawniej siadał przy ognisku, na naszych wspólnych wędrówkach. Jego ciepła duża dłoń dotykała mojej już całej pomarszczonej. Ubrany był w ubiór, który zwykł nosić pod zbroją. Szeroko się uśmiechał, ale jego twarz wyglądała na smutną.

-Jak ty- nie dokończyłem bo mój głos zaczął się łamać. Zacząłem płakać. Tyle lat. Opłacało się czekać. 

Płakałem głośno, a on przysunął się do mnie i położył moją głowę na jego ramieniu, głaszcząc mnie po plecach. 

- I nigdy nie myśl, że przestanie. Myśli o tobie każdego dnia i o tym co stracił nie mogąc ciebie mieć za życia. - odsunął się, aby spojrzeć mi w oczy. - Postarzałeś się Merlinie. - zaśmiał się.

-Ty cały czas wyglądasz jak osioł. - Również wykrzywiłem moje usta w ogromnym uśmiechu. Zacząłem się śmiać. Śmiałem się i płakałem jednocześnie. Tak długo na to czekałem.

-Kocham cię, nawet takiego starego. - przestał się śmiać, ale cały czas się uśmiechał.

-Ja też Arthurze, mam coś dla ciebie. - przetarłem oczy i obróciłem się do torby aby wyjąć prezent, przyrządzony już wieki temu. - To list napisany do ciebie zaraz po twojej śmierci - mówiłem, grzebiąc w torbie. - Myślałem, że pojawisz się wcześniej, ale na szczeście cały czas go mam. Czeka na - obróciłem się i przerwałem. Obok mnie już nikogo nie było. Król stał już na brzegu jeziora. - Arthurze! Czekaj! - próbowałem wstać, ale moje kości nie pozwalały już na gwałtowne ruchy.

-Nie mogę zostać dłużej, przepraszam Merlinie. - rzekł. Chyba płakał.

-Jeszcze tylko dam ci list! Czekaj! - biegłem, a przynajmniej starałem się. Nie mogę go znów stracić. 

-Żegnaj ukochany! - Krzyknął i zniknął w głębinach jeziora Avalon. Upadłem na kolana, tym samym mocząc je w zimnej wodzie. List również do niej wpadł, a pierwsze słowa napisane piórem, rozmazały się. Teraz można było się tylko domyślić, że głosiły "Drogi Arthurze, tęsknie za tobą, chciałbym żebyś ze mną był. Jeszcze jeden dzień, tylko o tyle prosze."

Nie miałem siły wstać, nie miałem siły na nic. Znów przeżywam to samo, odejście mojego drogiego Arthura. Łzy błyskawicznie spływały mi po policzkach. Nie wycierałem ich. Po prostu pozwoliłem im płynąć. 

W tym momencie, ujrzałem coś błękitnego po mojej prawej stronie. Przez łzy wszystko było bardzo rozmyte, lecz jednak potrafiłem określić co to jest. 
Kolory takie jak różowy, błękitny i biały, łączyły się coś w rodzaju nieumiejętnie zrobionego bukietu kwiatów. Chwyciłem go do ręki, a gdy uniosłem go do góry, wypadła z nich mała karteczka. Trzęsąc się, cały czas dotknięty całą sytuacją, otworzyłem ją i przeczytałem w myślach pismo, które od razu rozpoznałem.

"Powinienem był zrobić to o wiele wcześniej, ale jak pewnie wiesz Merlinie, nie jestem dobry w układaniu bukietów."



you look like him {merthur oneshot}Stories to obsess over. Discover now