Snow Changes

30 4 2
                                        

— Ale co się stało? – zapytała po raz kolejny, lecz ciągnące ją koleżanki znowu pokręciły głowami, irytując tym czarnowłosą, która niespokojnie rozglądała się po szkolnym korytarzu. Miała wrażenie, że wszystkie pary oczu zwrócone były w jej stronę. Próbowała zwrócić na to uwagę swoich koleżanek, lecz te usilnie ją ignorowały.

Samantha. Rudowłosa dziewczyna ciągnęła ją za lewą rękę. Była jedną z tych osób, których nie opuszczała energia. Wiecznie z uśmiechem na ustach i iskierkach radości w piwnych oczach. Zawsze próbowała wyciągnąć Lawrence na piątkowe imprezy, choć wiedziała, że tylko marnuje tym czas. Była tym impulsem, który popychał czarnowłosą dalej.

Z drugiej strony szła Meredith, kompletne przeciwieństwo rudowłosej. Niska blondynka o szarych, wiecznie neutralnych oczach. Zawsze z książką w ręce, mimo pogłębiającej się wady wzroku. Na jej twarzy rzadko widniał uśmiech, zazwyczaj towarzyszył jej spokój. Była tą, która trzymała wszystko w ryzach, nie pozwalając przyjaciółkom pozabijać się nawzajem.

A Lawrence? Lawrence była i jedną, i drugą. Potrafiła się bawić, lecz preferowała spokój. Nienawidziła tłoku i nienawidziła większości ludzi, którzy żyli w tym ścisku. I choć bardzo często się uśmiechała, nie potrafiła ukryć łez, które czasem pojawiały się w jej niebieskich oczach. Nie mogła, jak inne dziewczyny, skryć twarzy we własnych włosach, gdyż dwa miesiące wcześniej ścięła je na krótko, chcąc coś w sobie zmienić, nadać sobie pewności. Czasem tego żałowała, szczerze mówiąc – bardzo często, jednak chodziła z uniesioną głową.

Usłyszała cichy chichot, przez co po raz kolejny przebiegła wzrokiem tłum. To, co zobaczyła, sprawiło, że gwałtownie się zatrzymała.

— Żartujecie sobie ze mnie?! – prawie że krzyknęła, wyrywając się albo raczej starając się wyrwać przyjaciółkom. Te jedynie zacisnęły ręce na jej ramionach, nadal ciągnąc ją przez tłum uczniów, który jakby na zawołanie lekko się rozstąpił. A może tylko jej się przewidziało? – Puśćcie mnie! – powiedziała stanowczo, mając nadzieję, że dziewczyny jej usłuchają, jednak wiedziała, że jest na straconej pozycji.

Została wypchnięta w sam środek tłumu, przez co potknęła się o jedną z lekko wystających płytek. I upadłaby na ziemię, gdyby ktoś nie złapał jej za ramiona. Nie miałby tego nikomu za złe, gdyby nie fakt, że tym kimś był on – Crispin Winters – jeden ze szkolnych żartownisiów.

— Nigdy bym nie pomyślał, że aż tak na mnie lecisz. – Wyszczerzył swoje perfekcyjne, białe zęby w uśmiechu. Zęby, które Lawrence od zawsze miała ochotę wybić. Grupka chłopaków z tłumu zaśmiała się na jego uwagę.

— Nie dotykaj mnie! – syknęła dziewczyna, wyrywając się z uścisku Crispina i wpatrując się gniewnie w jego prawie że czarne tęczówki, w których, na zirytowanie w głosie brunetki, zatańczyły chytre iskierki.

— Spokojnie – szepnął, nachylając się do jej ucha. Zawsze tak robił, gdy chciał ją rozzłościć i zawsze mu się to udawało. – Mam dla ciebie prezent. – Jego usta znajdowały się niecały centymetr od ucha Lawrence.

Odchylił się do tyłu, a jego wargi wygięły się w uśmiechu zwycięstwa, gdy spojrzał w górę, na sufit.

Dziewczyna myślała, że już bardziej zaczerwienić się nie może, lecz gdy powędrowała wzrokiem za spojrzeniem czarnookiego, jej policzki wręcz pokryły się purpurą.

Nad ich głowami wisiała mała, zielona gałązka, trzymająca się jedynie na skrawku przezroczystej taśmy. Kawałek pasożytniczej rośliny. Tak pasożytniczej, jak chłopak o czarnych oczach. Jemioła.

Brunetka nie zdążyła zareagować, gdy Crispin po raz kolejny pochylił się w jej stronę. Kiedy jego miękkie, blade usta zetknęły się ze skórą na jej rozgrzanym policzku, Lawrence, udowadniając, że nie ma rzeczy niemożliwych, poczerwieniała jeszcze bardziej, a gdy wkoło rozległy się gwizdy, poczuła, jak zapada się pod ziemię.

Snow Changes [christmas one-shot]Stories to obsess over. Discover now