Flowers

452 58 20
                                        


Jedno zdjęcie, bluza i bukiet zaschniętych kwiatów.

Skrawek pomiętego papieru fotograficznego, odrobina czarnego materiału i kilka martwych roślinek w wazonie.

Tylko tyle.
Tylko tyle mi po nim zostało.

Ale on nie umarł. Nawet śmierć nie była na tyle okrutna, żeby mi go zabrać.
To on sam. On sam to zrobił.
Sam mnie zostawił.

◇◇◇

Zdjęcie miałem przy sobie zawsze. To on je zrobił. W moje urodziny, kiedy dostałem od niego ten mały, biały polaroid. Nie chciałem go przyjąć, ale nalegał. Kupił go dlatego, bo wiedział, że uwielbiam robić zdjęcia. Niekoniecznie ludziom. Wolałem przyrodę, kwiaty i zielone trawy.
Kiedyś na tym zdjęciu byliśmy razem, ale teraz widniał tylko on.
Druga część fotografii została oderwana. Przeze mnie. Spaliłem ją, bo nie chciałem nawet widzieć jej na dnie kosza. Nie chciałem widzieć swojego uśmiechu, który wywoływał on.
Więc został tylko on i jego piękny uśmiech.

◇◇◇

Bluzę nosiłem często, chociaż wiem, że nie powinienem. On pewnie nawet o niej nie wiedział. O tym, że kiedyś mi ją dał, zapomniał tak samo jak o mojej osobie. Całkowicie.
Ale mimo to, ona nie pachniała już jego perfumami tak bardzo jak kiedyś.
Nie czułem już zapachu, którym kiedyś zaciągałem się przy każdej możliwej okazji. Zniknął.

Może i miałem sentyment.
Może nie potrafiłem zapomnieć.
Ale może po prostu tego nie chciałem?

◇◇◇

Był jeszcze bukiet kwiatów.
Białe goździki w wazonie stojącym na stoliku w salonie.
Ostatnie jakie od niego dostałem. Od tamtego czasu nawet ich nie dotknąłem, bojąc się że znikną. Jak on.
Ale często po prostu siedziałem i na nie patrzyłem...
Patrzyłem jak poranne słońce oświetla ich zaschnięte płatki.
Albo jak księżyc przebija się przez zasłony w oknach i tylko delikatnie dosięga ich szorstkiej już faktury.

Czemu białe? Czemu przynosił mi akurat białe goździki, które tak bardzo lubiłem?

Mówił, że do mnie pasują.
Że komponują się z moją bladą skóra i jasnymi, farbowanymi włosami.
Mówił...

◇◇◇

Pracowałem w bibliotece. Lubiłem tą pracę, bo była spokojna.
Ja sam byłem osobą raczej nieśmiałą, więc taki stan rzeczy mi odpowiadał.

A z nim poznałem się zwyczajnie.
Odwiedził bibliotekę pewnego wiosennego dnia. W kwietniu.
I od tamtego czasu przychodził coraz częściej, mówił do mnie coraz więcej, a z czasem i słuchał większej ilości słów z mojej strony.
Im więcej czasu mijało, im więcej wizyt w bibliotece złożył chłopak, tym bardziej rozwijała się nasza relacja.

Właśnie tak zwyczajnie, tak codziennie został osobą dla mnie najważniejszą.
Za każdym razem przynosił mi białe goździki, a jeżeli pora roku na to nie pozwalała, zamieniał to na kubek gorącej czekolady, którą lubiłem tak bardzo chyba nie tylko ze względu na jej smak.
Jego oczy miały taki sam kolor. Ten piękny odcień czekolady.

Zawsze obdarzał mnie tym cudownym uśmiechem, przez który nie widziałem reszty świata.

Dla mnie całym światem był on.

Zawsze gładził moje zaróżowione policzki.
Unosił moją głowę, kiedy ją opuszczałem, zawstydzony jego komplementami.
Całował w czoło, a potem w usta. Uwielbiałem czuć te jego na swoich. Były ciepłe i miękkie.
Idealne. Tylko dla mnie. Tak sądziłem.

FlowersWhere stories live. Discover now