Rozdział pierwszy

1.5K 72 14
                                        

Uwaga!
Tekst przechodzi gruntowną korektę, także fabularną, dlatego istnieje prawdopodobieństwo, że w pewnym momencie jakieś szczeguły nie będą się Wam zgadzać.

Jeśli coś Wam się rzuci w oczy, będę wdzięczna za informację, choćby w komentarzu :)

Z góry przepraszam za wszelkie nieścisłości. Monika

Flo

Zerknęłam w lustro, oceniając swój wygląd. Szare spodnie na kant i błękitna bluzka ze stójką pasowały do siebie idealnie. Nawet Silver zaakceptowała dobór stroju głośnym miauknięciem. Pochyliłam się i zmierzwiłam szarawe futro na jej karku. Przeważnie odchodziła w takich sytuacjach z wielkim fochem, gdyż to ona dyktowała warunki, kiedy można ją głaskać, a kiedy nie, ale tym razem łasiła się do mojej nogi. Uniosłam na nią brew, zastanawiając, co kombinowała. Była przecież osobnikiem z dziurą między nogami, więc bezinteresowność odpadała.

— Jesteś głodna? — spytałam, choć nie oczekiwałam odpowiedzi. Ruszyłam do kuchni, gdzie znajdowały się miski z karmą oraz wodą. Silver podążała za mną jak cień. — Przecież masz. — Spojrzałam na nią oskarżycielsko. Miauknęła przeciągle, chcąc mnie skarcić, iż nie wiedziałam, o co jej chodziło. — Słuchaj, nie mam czasu na twoje rebusy. Jeśli chcesz kogoś dręczyć, Abi pewnie nadal śpi, więc idź do niej.

Silver prychnęła, zarzuciła ogonem i odeszła, jakby miała w planach dokładnie to, co jej poradziłam. Niestety nie przemyślałam tego. Abigail i Silver za sobą nie przepadały. Prawdopodobnie tolerowały się tylko ze względu na mnie, ale to wszystko. Między moją współlokatorką i kotką nie było chemii. Może dlatego, że obie chodziły własnymi ścieżkami i obie chciały mieć ostatnie zdanie. Nie, żeby koty umiały mówić, ale Silver mowę ciała opanowała do perfekcji. Zwłaszcza gdy angażowała w to pazury i zęby. A kobieta, od której ją kupiłam, twierdziła, iż „koty szkockie zwisłouche są bardzo łagodne, inteligentne i zrównoważone”. Chyba powinnam się z nią spotkać w sądzie.

Sąd!

Musiałam ruszyć swoje cztery litery, jeśli nie chciałam się spóźnić do pracy.

Wzięłam głęboki oddech i zgarniając marynarkę w tym samym kolorze co spodnie oraz teczkę z dokumentami, wyszłam z kuchni, kierując się do salonu, gdzie poprzedniego dnia zostawiłam swoje szpilki. Nie należałam do bałaganiarzy, ale pedantką też bym się nie nazwała. Zwyczajnie zostawiałam rzeczy tam, gdzie mi akurat pasowało. Zgarniając jeszcze kluczyki od mojego audi A5 z komody, wyszłam z mieszkania.

Droga do biurowca gdzie mieściła się siedziba Kancelarii Prawniczej Wright, w której pracowałam, była krótka i nie miałam szans na dłuższe zastanawianie się, kim był mój nowy klient. Jedyne, co o nim wiedziałam to to, że jego syn został oskarżony o morderstwo swojej ciężarnej żony. Nigdy nie starałam się zagłębiać w to, co tak naprawdę było prawdą, a co nie. Miałam bronić klientów, niezależnie od tego, w co wierzyłam, a świadomość tego, że nie zawsze będę bronić tych dobrych i niewinnych, towarzyszyła mi, odkąd podjęłam decyzję o kierunku moich studiów.

Wjechałam na podziemny parking i zaparkowałam na stałym miejscu. Właściciel kancelarii, Peter Wright, dbał o swoich pracowników i zapewniał nam wszelkie dogodności. Ten niespełna osiemdziesięcioletni człowiek był uosobieniem wszystkiego, czego pracownik mógł sobie życzyć od swojego pracodawcy. Zaczęłam u niego pracę, będąc jeszcze na studiach, jako asystentka jednego z prawników. Jefferson był dupkiem, dla którego liczyła się jedynie kasa. Na szczęście tamten okres miałam dawno za sobą i nie warto go rozpamiętywać. Nie pracuje już w naszej kancelarii od kilku lat. Zgubiła go pazerność oraz długonoga piękność, notabene jego klientka, czego Wright absolutnie nie tolerował. Zbiegło się to z moim ukończeniem studiów i zdobyciem dyplomu. Peter zaproponował, bym została w jego firmie, oferując swoją pomoc, jeśli takiej bym potrzebowała. Początkowo zastanawiałam się, czy sobie poradzę, ale była to najlepsza decyzja w moim życiu.

Brudna PrawdaWhere stories live. Discover now