Anioł

760 20 5
                                        


Gdy po raz pierwszy ją zobaczyłem, pomyślałem, że jest piękna. Oświetlona światłem pobliskiej latarni, siedziała na przystanku trzymając w dłoni lekko potarganą różę, a w uszy miała wetknięte maleńkie słuchawki. Drobne nóżki w czarnych botkach stukały o chodnik, zapewne w rytmie muzyki. Z pod ciemnozielonej, materiałowej czapki wypływały długie, złociste włosy, otulające jej porcelanową twarzyczkę. Usta miała wydatne, delikatnie poprawione różową szminką. Na nosie miała czarne okulary z morskimi prześwitami, a za szkłami, w jej oczach były osadzone szmaragdy. Pod oczodołami spływały czarne wodospady łez zabarwione tuszem do rzęs.  Ale to też było piękne. Dodawało jej osobie dramatyczności i mroku.

Spojrzała na mnie. Jej wzrok przeszywał bólem i smutkiem. Nie mam pojęcia czy to ja wlepiłem wzrok w nią, czy ona we mnie.

-No i co się gapisz...- warknęła poirytowana zrozpaczonym głosem, siląc się na odwagę. Natychmiast się odwróciłem onieśmielony i zażenowany tą sytuacją.

Wokoło nie było żywej duszy, tylko resztki liści niechętnie tańczyły na chodniku, szarpane siarczystym, zimowym wiatrem. Po dwupasmówce naprzeciwko nas, raz na jakiś czas przejechał samochód. Nie licząc wron krakających gdzieś w parku nieopodal, było zupełnie cicho. Cicho i niespokojnie. Jakby ten niepokój chciał się przekrzyczeć przez ciszę, spróbować mi coś powiedzieć. Miało się coś wydarzyć, czułem to. Zaczął padać śnieg. W końcu rozpadał się tak bardzo, że nic nie było widać, a wiatr szarpał za drzewa i huczał na pustej jezdni. W końcu wśród białego puchu, gdzieś daleko, dostrzegłem dwa wielkie, świecące punkty. Autobus powoli zmierzał w naszą stronę. Moja cicha towarzyszka gwałtownie podniosła się z miejsca i powoli zmierzała w stronę krawędzi. Było w jej chodzie tyle gracji i elegancji, która mogłaby świadczyć o arystokratycznym pochodzeniu. Ale postać, którą obserwowałem z tym gorącym zachwytem była jedynie dziewczyną, posiadaczką pięknych zbożowych włosów i spojrzenia wypełnionego bólem. Gdy autobus zajechał na przystanek hamując dość późno i agresywnie, fryzura nastolatki pięknie zawirowała, szarpana wiatrem, ale ciało i cierpiętniczy wyraz twarzy blondynki były niewzruszone. Drzwi otworzyły się skrzypiąc niemiłosiernie i długo, a gdy kilka osób wysiadło z i tak prawie pustego pojazdu, ja i dziewczyna wsiedliśmy do środka. Zająłem miejsce na samym końcu, zostawiając siedzenie obok dla zielonookiej piękności, ale ona postanowiła sztywno trzymać się uchwytu i wertować drzwi swoim morderczym i bolesnym wzrokiem. W autobusie znajdowało się tylko kilka osób. Nikt nie rozmawiał. Po prostu jechaliśmy w ciszy. Lubiłem gdy było tak spokojnie i łagodnie. Gdy nikt nie krzyczał, gdy nie był głośny, nie rzucał się w oczy. Lubiłem taką dziwną senność w powietrzu. Po kilku przystankach wysiadła dziewczyna. Jej krok na zewnątrz był tak nagły, że prawie się poślizgnęła, jednak zachowała równowagę i wylądowała z lekkim potknięciem. Wybuchnęła płaczem, a drzwi się zamknęły, jednak pojazd nie ruszył. Staliśmy na przystanku niecałą minutę, a koła znowu powoli sunęły po oblodzonej jezdni. Patrzyłem na zewnątrz i gdy tak patrzyłem, w oczy rzucił mi się wiadukt, a na nim dziewczyna, która próbowała wejść za poręcz. Tak, ta sama dziewczyna, która wysiadła z autobusu i czekała ze mną na przystanku. Nie wiem co we mnie wstąpiło. Poczułem jak nagły przypływ energii sprawił, że wyrwałem się do przodu i w pół sekundy dobiegłem do kierowcy.

-Proszę się zatrzymać! – wrzasnąłem pukając w szybę.

-Chłopaku, opanuj się! Był przystanek, trzeba było wysiąść!

-Na tamtym wiadukcie jest dziewczyna, która chce skoczyć! – krzyczałem i szamotałem się w miejscu, bo nie wiedziałem co mam zrobić ze sobą. Chciałem już móc wybiec na zewnątrz i pędzić w stronę tego cholernego wiaduktu. Widziałem jak facet się wzdrygnął i przez chwilę panikował, nie wiedząc co powinien zrobić, ale w końcu znowu patrzył się przed siebie i jechał.

-Rozumiem, ale przecież się teraz nie zatrzymam! – ogarnęła mnie dziwna rozpacz. Dlaczego tak usilnie chcę ją ratować? Nie znam jej. Jeśli chce sobie odebrać życie, to nie moja sprawa. A jednak nie mogę pozwolić, by tak po prostu umarła. I to taką śmiercią. W tak młodym wieku. W końcu odważyłem się na szaleństwo i sięgnąłem ręką na panel koło kierownicy i otworzyłem drzwi obok. Nim z powrotem je zamknął, szybko wyskoczyłem z pędzącego autobusu i poturlałem się po trawie pokrytej cienką warstwą śniegu. Cały obolały w miarę sprawnie podniosłem się z ziemi i wystrzeliłem do przodu w między czasie otrzepując kurtkę z białego puchu. Biegłem cały czas naprzeciw ludziom, lawirowałem pomiędzy nimi, nie zwalniałem ani na chwilę. Czułem jak palą mnie płuca, każde przełknięcie śliny szczypie w gardło, jak coraz ciężej mi oddychać. Nogi miałem już miękkie, a kolana pulsowały z bólu. W końcu dotarłem pod schody na feralny wiadukt. Spojrzałem w górę i zobaczyłem, że dziewczyna nadal stoi na przed poręczą trzymając się jej. Patrzyła rozbieganym i przerażonym wzrokiem na pędzące pod nią samochody. Aż dziwne, że żaden z kierowców jej nie zobaczył i nie pobiegł na pomoc. Ciągle dysząc z wyczerpania wtoczyłem się na górę. Oparłem ręce na zgiętych kolanach i kilka razy głęboko odetchnąłem.

-Nie rób tego! – krzyk, który chciałem z siebie wydać, teraz przypominał zdarty szept, jednak blondynka go usłyszała i szybko odwróciła głowę. Palce zacisnęła mocniej na uchwycie poręczy.

-Znowu ty? Po co przylazłeś!? – wrzasnęła łkającym głosem.

-Słuchaj, pewnie jest ci ciężko...Masz problemy, ale odebranie sobie życia nie jest rozwiązaniem! – powiedziałem chcąc podejść bliżej dziewczyny.

-Stój tam! – powiedziała i znowu spojrzała w dół. Natychmiast zatrzymałem się w miejscu. – Nie wiesz nic o mnie, o moich problemach, o moim cierpieniu...Nie wiesz nic o prawdziwym bólu! – patrzyła na mnie tymi zielonymi oczami. Byłem jak zahipnotyzowany. Ona była taka piękna...Śliczna.

-Może mogę ci pomóc...? Na pewno wszystko się ułoży...- próbowałem ją pocieszyć i posłałem jej serdeczny uśmiech. Parsknęła i żałośnie się zaśmiała. Po jej policzku popłynęły kolejne, zabarwione tuszem łzy.

-Ułoży? TY chcesz mi pomóc...Na moje problemy pomoże tylko śmierć. Ona mnie zabierze i będę bezpieczna...- słuchałem jej uważnie.

-Jesteś głupia. – wyrwało mi się i na początku pożałowałem swoich słów, ale po chwili wiedziałem już jak poprowadzić dyskusję.

-Słucham? – dziewczyna popatrzyła na mnie zszokowana.

-Jesteś głupia, jeśli sądzisz, że śmierć cię uwolni od problemów. – podszedłem do niej stanowczo, mimo, że groziła skokiem. – I widzisz, nadal tu stoisz. Nie skoczyłaś.

-Bo mnie zagadałeś! – powiedziała i zaśmiała się krótko, ale szczerze. Nastąpiła dziwna cisza. Dziewczyna tylko patrzyła w dół, a wiatr bawił się jej włosami.

-Chciałeś się kiedyś zabić? – zapytała nagle i spojrzała mi w oczy.

-Tak. – odpowiedziałem.

-Dlaczego?

-Bo nie mogłem spełniać swoich marzeń. Bardzo chciałem zostać weterynarzem, ale rodzice powiedzieli, że to hańbiąca praca i wysłali mnie na studia inżynierskie. Zupełnie sobie z tym nie radziłem, a będąc pod presją rodziców nie wytrzymałem i podjąłem próbę samobójczą za pomocą proszków nasennych. – zaśmiałem się głupkowato.

-Ja nienawidzę siebie. – mówiła powoli blondynka. – Nienawidzę tego, że nic mi nie wychodzi. Nienawidzę swojego ciała. Jestem zawodem dla wszystkich. Jestem taka głupia. Jestem brzydka....-wymieniała.

-Jesteś piękna. – wystrzeliłem jak głupi i zauważyłem jak twarz nastolatki pokrywa się szkarłatnym odcieniem. Trwaliśmy w ciszy patrząc się na siebie.

-N-naprawdę...? – spytała spuszczając wzrok i uśmiechając się lekko. Pokiwałem szybko głową. Zawróciła butami w stronę powrotną. Natychmiast do niej podszedłem, by mogła się mnie złapać. Przeszła przez barierkę i stała bezpiecznie przede mną.

-Jak się nazywasz? – wypaliłem.

-Angelica Silverfly, a ty?

-Tomas Voureen. 

Na skraju wyobraźniStories to obsess over. Discover now