Dawno temu niebo i ziemia nie były rozdzielone.
Elysium i Terramor stanowiły jeden świat. Skrzydlate istoty i ludzie żyli obok siebie, a granice między nimi były ledwie zauważalne. W powietrzu unosił się spokój, a światło nieba mieszało się ze światłem ziemi tak naturalnie, jakby nigdy nie miało być inaczej.
Przez długie lata panowała równowaga.
Jednak z czasem coś zaczęło się zmieniać.
Najpierw pojawił się strach. Potem nieufność. Na końcu - milczenie.
To, co kiedyś łączyło oba narody, zaczęło pękać. Szeptano o różnicach, o niebezpieczeństwie, o tym, że skrzydlaci i ludzie nie powinni żyć tak blisko. Aż w końcu świat rozpadł się na dwa osobne królestwa.
Elysium - krainę skrzydlatych, pełną wysokich wież, jasnego nieba i dawnych wspomnień.
Terramor - krainę ludzi i rycerzy, twardą, ziemską i nieustępliwą.
Przez stulecia oba światy oddalały się od siebie. Aż stały się dla siebie tylko legendą.
A potem nastał dzień, którego nikt nie przewidział.
Cień spadł na Elysium.
Wojna przyszła bez ostrzeżenia. Bez chorągwi. Bez wezwania do walki. W jednej nocy niebo nad królestwem skrzydlatych pociemniało, a powietrze wypełnił krzyk, którego nikt później nie potrafił opisać.
Nikt nie wiedział, kto zaatakował.
Nikt nie widział twarzy wroga.
Nikt nie zdążył zrozumieć, dlaczego.
Mieszkańcy Elysium zaczęli zamieniać się w kamień. Jedni w środku biegu, inni w trakcie ucieczki, jeszcze inni w chwili, gdy próbowali chronić swoich bliskich. Całe miasto, całe ulice, całe place - wszystko zastygło w wiecznym milczeniu. Ciała zamieniły się w posągi, a skrzydła w nieruchome, kamienne kształty.
Pałac też nie ocalał.
Król Xavier walczył do końca. Bronił murów, bronił ludzi, bronił tego, co jeszcze pozostało. Poległ w obronie pałacu, a jego ciało nigdy nie zostało odnalezione wśród ruin.
A jego syn, młody książę Tae-hyung, przeżył.
Gdy bitwa w końcu ucichła, ruiny pałacu pogrążyły się w ciszy tak głębokiej, że aż bolała.
Tae-hyung leżał na zniszczonej posadzce. Oddychał płytko i nierówno. Każdy oddech sprawiał mu ból. Skrzydła, kiedyś lekkie i silne, teraz były ciężkie, poszarpane i pokryte pyłem. Próbował unieść jedno z nich, ale od razu poczuł ostry ból i opuścił je z powrotem.
Wokół niego wszystko było zniszczone.
Próbował wstać. Oparł się na rękach, ale ramiona zadrżały i znowu upadł na kolana. Wtedy zobaczył je.
Łańcuchy.
Wyłoniły się z cienia, jakby zawsze tam czekały. Oplotły jego nadgarstki, potem ramiona, a na końcu nasadę skrzydeł. Im bardziej się szarpał, tym mocniej go trzymały. Wciągnęły go w głąb ruin i przytwierdziły do wielkiego, pękniętego filaru w samym sercu pałacu.
Nie mógł odejść.
Nie mógł wzlecieć.
Nie mógł nawet w pełni wyprostować skrzydeł.
Czas w ruinach płynął inaczej. Dni mieszały się z nocami. Tae-hyung przestał liczyć.
W takiej ciszy wspomnienia zaczęły przychodzić same.
Nie były ostre ani dokładne.
Miałem wtedy tylko trzy lata. Wiele rzeczy zdążyło się rozmyć.
Nie pamiętałem dokładnie jej twarzy.
Nie pamiętałem koloru oczu ani tego, jak układały się jej włosy.
Te szczegóły dawno się zatarły.
Pamiętałem jednak coś innego.
Pamiętałem ciepło.
Pamiętałem, jak sadzała mnie na kolanach przy wielkim oknie i pokazywała mi niebo. Mówiła wtedy cicho, prawie szeptem. Jej głos był miękki i ciepły. Brzmiał spokojnie i bezpiecznie, jakby miała cały czas świata.
Mówiła, że kiedyś będę latał wyżej niż wszyscy.
Że moje skrzydła będą silne.
Że nigdy nie będę sam.
Pamiętałem jej śmiech - lekki i krótki.
Pamiętałem zapach, który zawsze unosił się wokół niej: czysty, lekki, jak powietrze po deszczu.
Pamiętałem też moment, w którym jej zabrakło.
Nie rozumiałem wtedy jeszcze słów dorosłych. Wiedziałem tylko, że ciepła obecność, która zawsze była obok, nagle zniknęła.
I nigdy nie wróciła.
Teraz, przykuty do zimnego filaru, uniosłem głowę. Łańcuchy zabrzęczały cicho.
W środku czułem przede wszystkim pustkę.
Samotność była tak duża, że czasami wydawało mi się, że wypełnia całe ruiny razem ze mną. Tęsknota przychodziła falami. Gdy wspomnienie matki stawało się wyraźniejsze, coś we mnie na chwilę miękło - a zaraz potem wracał chłód.
Był też smutek. Stary, oswojony.
I cicha, bezsilna złość na to, że zostałem sam.
Najczęściej jednak było po prostu pusto.
I cicho.
A ja siedziałem w tej ciszy, przykuty do filaru, i pozwalałem, żeby emocje przepływały przeze mnie jak kolejne, zimne fale.
Potem, bardzo cicho, prawie bezgłośnie, wypowiedziałem jedno słowo.
- Mama...
Głos odbił się od kamiennych ścian i zginął gdzieś w głębi ruin.
Nikt nie odpowiadał.
Nikt nie przychodził.
Łańcuchy pozostały zimne i ciężkie.
A ja wraz z nimi.
Sam.
W ciemności.
W domu, który przestał być domem.
A świat... milczał.
VOUS LISEZ
Zapomniene Wspomnienia
FantasyZapomniane wspomnienia Nie wszystkie historie kończą się wtedy, gdy świat uznaje je za zakończone. Niektóre dopiero wtedy się zaczynają. Przez wiele lat dwa królestwa żyły oddzielone od siebie - Terramor, świat ludzi, oraz Elysium, królestwo skrzydl...
