Ethan Reed obudził się przed budzikiem, tak jak zawsze pierwszego dnia zgrupowania. Leżał chwilę z zamkniętymi oczami, słuchając, jak za oknem ptaki zaczynają swój poranny hałas, i pozwalał sobie na te kilka minut, w których jeszcze nie musiał być nikim - ani kapitanem, ani twarzą klubu, ani chłopakiem, który od trzech lat budził się z tą samą myślą: *nie możesz sobie pozwolić na słabość*.
Telefon zawibrował o szóstej trzydzieści. Wiadomość od Harrisa - "Zbiórka o ósmej, sala konferencyjna, przynieś dobry nastrój" - z emotikoną, która nijak nie pasowała do surowego trenera, jakiego Ethan znał. Może to była próba żartu. Może Harris naprawdę wierzył, że emotikony robią różnicę.
Wstał, przeciągnął się, poczuł to znajome, tępe ukłucie w prawym kolanie, które towarzyszyło mu już od czterech lat i prawdopodobnie zostanie z nim już zawsze. Blizna, prosta, biała linia, była przypomnieniem tego dnia, kiedy jego kariera reprezentacyjna skończyła się, zanim naprawdę się zaczęła. Dotknął jej przez chwilę, jak robił to każdego ranka, jakby sprawdzał, czy wciąż tam jest, czy wciąż go boli, czy wciąż ma prawo się bać.
Prysznic, kawa, trzydzieści minut rozciągania, którego nikt mu nie kazał robić, ale które robił, bo dyscyplina była jedyną rzeczą, jaką mógł kontrolować w pełni. W przeciwieństwie do formy, do sędziów, do kontuzji, do tego, co ludzie o nim mówili - dyscyplina była jego. Nikt nie mógł mu jej odebrać.
O siódmej czterdzieści pięć był już w ośrodku treningowym klubu, w korytarzu prowadzącym do szatni, gdzie zapach świeżo wypranych strojów mieszał się z wonią środka dezynfekującego i - bliżej sali gimnastycznej - potu, który nigdy do końca nie znikał, niezależnie od tego, ile razy sprzątano.
- Kapitanie.
Głos należał do Jamiego, który wyłonił się z bocznego korytarza z dwoma kubkami kawy, jeden podając Ethanowi bez pytania. Znali się wystarczająco długo, żeby Jamie wiedział dokładnie, jak Ethan pije kawę - czarna, bez cukru, gorąca na tyle, żeby parzyła w usta, bo tylko wtedy czuł, że naprawdę się obudził.
- Dzięki - powiedział Ethan, biorąc kubek. - Gotowy na sezon?
- Zawsze. - Jamie uśmiechnął się, ale coś w jego oczach mówiło co innego, coś, co Ethan znał zbyt dobrze, bo widział to samo w lustrze. - Słyszałeś już plotki?
Ethan poczuł, jak jego żołądek zaciska się odrobinę, choć nie wiedział jeszcze dlaczego.
- Jakie plotki?
- Podobno mamy nowego napastnika. Transfer z zagranicy. Duże pieniądze, duże oczekiwania.
- Zawsze mamy jakiegoś nowego napastnika latem. - Ethan wzruszył ramionami, próbując, żeby zabrzmiało to bardziej obojętnie, niż faktycznie się czuł. - To normalne.
- Nie, no, słuchaj. - Jamie zniżył głos, jakby to, co miał do powiedzenia, było jakąś tajemnicą państwową, choć w rzeczywistości plotki w tym klubie rozchodziły się szybciej niż cokolwiek innego. - Podobno ten koleś grał na twojej pozycji. Dokładnie na twojej. I podobno Harris już mówił zarządowi, że to może zmienić układ sił w ataku.
Ethan poczuł, jak coś w nim się spina - ten sam odruch, który znał z każdego momentu w karierze, kiedy ktoś sugerował, że jego miejsce nie jest tak pewne, jak mu się wydawało. Od czasu kontuzji nauczył się, że nic nie jest pewne. Że pozycja, forma, zaufanie trenera - wszystko to może zniknąć w ułamku sekundy, w jednym złym starciu, w jednym niefortunnym skręceniu kolana.
- Cóż - powiedział, starając się, żeby jego głos brzmiał spokojnie. - Zobaczymy, co potrafi na boisku.
Jamie spojrzał na niego uważnie, tak jak potrafił patrzeć tylko ktoś, kto znał cię od lat i widział przez wszystkie maski, jakie nosiłeś.
BẠN ĐANG ĐỌC
Ofsajd
Tiểu thuyết chungEthan Reed, młody kapitan drużyny piłkarskiej, i Noah Callahan, pewny siebie nowy transfer - obaj napastnicy, obaj rywalizujący o to samo miejsce w składzie. Kiedy nowy system taktyczny zmusza ich do gry ramię w ramię, wrogość i rywalizacja stopniow...
