6. Declan

12 3 1
                                        

Ciemność zapadła wcześniej, niż się spodziewałam. W oknach u Stone'ów wciąż paliło się światło.

Gdybym naprawdę zrobiła to, co planowałam, stałabym teraz schowana za firanką, obserwując, czy Declan wychodzi z domu. Czy widzi coś niepokojącego? Modliłabym się, żeby wsiadł do Camaro i ruszył.

I jednocześnie, żeby tego nie robił.

Dreptałabym po sypialni, oklejając taśmą kartony, upychając w ich ciasnych wnętrzach przestrzeń mojego pokoju. Miałabym wyrzuty sumienia dużo wcześniej, zanim cokolwiek by się stało. Może nawet zeszłabym na dół, usiłując nie dopuścić do wypadku, zatrzymać go w ostatniej chwili.

Tymczasem po rozmowie z Benjaminem wróciłam do domu. Odpoczywałam na szerokim parapecie wykuszu w salonie, z książką w rękach, obłożona poduszkami. Jakie jeszcze miałam opcje? Było ich coraz mniej, a każda kolejna wymagała bezpośredniej ingerencji. Podkurczyłam nogi prawie pod szyję, obejmując ramionami kolana.

Na cmentarzu łatwo o wypadek. Można się poślizgnąć na mokrych liściach. Nikt nie zaglądałby za nagrobki. Krew wsiąkłaby w wilgotną ziemię. Może nawet Danielle by się wywinęła. Prawdę znałby tylko kamienny anioł.

Telefon zawibrował.

Danielle. Zgodnie z planem.

Zbyt wesoła jak na pożegnanie, lekko wstawiona. W tle dało się słyszeć muzykę i męski głos. W klubie mieli grać The Pining, rozpoznałam melodię "Echoes of the past".

– Gdzie jesteś? Kochana, miałaś być o siódmej! Przyjeżdżaj!

Ostatni raz! Dla mnie!

Zgodziłam się, zanim Ben zdążył zaprotestować. Przeszło mi przez myśl, że mogłabym wykorzystać sytuację, połechtać jego ego, znaleźć mu zajęcie w zamian za wolny wieczór.

– Kochanie, rzuć okiem. To chyba tablet taty. – Położyłam na stole płaski przedmiot w skórzanym etui. – Laduje się, ale nie potrafię go uruchomić.

– Spróbuję go zresetować. – Nie odwrócił się nawet od laptopa. – Baw się dobrze.

Zmieniłam sweter na czarną bluzkę. Poprawiłam rozmazaną kreskę na powiece. Przypudrowałam czoło i nos. Na wieczór pasowała pomadka w soczystym odcieniu różu i odrobina błyszczyka. Nic, co znacząco przyciągałoby uwagę.

W łazience zostały już tylko słodkie perfumy mojej matki. Bordowy flakonik ciążył w dłoni, jakbym kradła tożsamość, przejmowała z tym intensywnym zapachem również fragmenty jej życia.

– Mamo, wychodzę – rzuciłam bardziej z grzeczności, niż faktycznej potrzeby meldowania o swoich poczynaniach.

– O tej porze? – rzuciła niezadowolona, jakbym rozbiła tym wyjściem również jakiś jej plan.

– Wrócę przed północą.

Kluczyki do Volvo leżały tam, gdzie zwykle. W koszyku na szafce w przedpokoju. Wyszłam, nie odwracając się, a w mojej głowie zaczynał się kolejny cyklon myśli.

Za drzwiami owiał mnie chłodny podmuch. Kończył się dzień i gdzieś pod tą mgłą, pod chmurami zachodziło słońce. Rzeczywistość stawała się jeszcze bardziej pociągająca, przesiąknięta zapachem wilgoci, miękkiej ziemi i zeszłorocznych liści.

Nie wszystko stracone. To ty masz ostatnie słowo – powtarzałam sobie w myślach.

Zostało mi niewiele czasu, ale przecież po zmroku zmysły się wyostrzają. Jeśli tylko nie stracę sprzed oczu celu, wszystko jeszcze może się ułożyć. Zgodnie z planem.

CAMILLEStories to obsess over. Discover now