Zapach dymu wciskał się w chłodne powietrze, mieszając się z wonią kamienia, świec i metalu. Varyn stał na galerii nad dziedzińcem, opierając dłonie o kamienną balustradę. Z góry wszystko wyglądało niemal zwyczajnie: zmiana warty przy bramie, stłumione rozmowy strażników, płomienie pochodni drżące pod naporem wiatru. A jednak coś w tym obrazie zgrzytało. Dym nie pasował do spokojnego wieczoru.
— Znowu tu stoisz — odezwał się za nim głos Alarei.
Nie musiał się odwracać, żeby wiedzieć, że to ona. Nikt inny nie potrafił poruszać się tak cicho. Po chwili stanęła obok niego i również spojrzała w dół. Jej białe włosy, splecione w ciasny warkocz, przesunęły się po płaszczu i musnęły go po łokciu.
— Obserwuję — odpowiedział.
— Ojciec nazwałby to podglądaniem rozmów, do których cię nie zaproszono.
Varyn zacisnął palce na balustradzie.
— Ojciec mówił, że Lunari wyślą ludzi na rozmowy. Chcę ich zobaczyć, zanim wejdą do sali tronowej.
— Emisariusze nie przychodzą po zmroku — mruknęła Alarei. — I nie przy takim księżycu.
Nad zamkiem wisiały ciężkie chmury, raz po raz rozcinane bladym światłem. Powietrze było napięte jak przed burzą. Zwykle lubił ten stan, bo zmysły wyostrzały mu się wtedy, a świat nabierał ostrzejszych krawędzi. Dzisiaj jednak napięcie miało metaliczny posmak.
Na dziedzińcu pochodnia przy bramie zamigotała i zgasła.
— Widzisz? — Alarei zmarszczyła brwi. — Nawet pogoda jest dziś przeciwko nam.
Chwilę później przygasła druga pochodnia, a w cieniu pod murami przemknął kształt zbyt szybki i zbyt niski, by Varyn mógł uznać go za zwykły patrol. Pochylił się nad balustradą, próbując uchwycić sylwetkę wzrokiem, lecz ta zniknęła między bramą a bocznym wejściem, jakby wtopiła się w mrok.
Rozległ się dźwięk rogu — nie pełny sygnał, lecz urwana w połowie nuta, jakby ktoś wyrwał instrument z rąk strażnika. Zaraz po niej dobiegł krzyk. Jeden, krótki, zakończony nagle. Potem drugi i trzeci. Spokój wieczoru rozsypał się w jednej chwili, a dziedziniec wypełnił chaos: tupot nóg i łap, szczęk stali, pospieszne komendy oraz warczenie rozszarpujące powietrze.
— Do środka — powiedziała Alarei.
Nie czekała na jego odpowiedź. Chwyciła go za ramię i szarpnęła w stronę korytarza.
— Musimy do ojca — wyrzucił, cofając się tylko o pół kroku.
— Ojciec wie, co ma robić. Ty robisz to, co ja ci każę. — Jej głos stwardniał. — Idziemy do Drzewa.
Słowo Drzewo zabrzmiało jak wyrok. Miejsce, w którym kiedyś chowali się przed gniewem króla, nagle stało się ostatnią linią obrony. Varyn pamiętał noce spędzone pod niebieskimi liśćmi, kiedy Alarei kazała mu liczyć oddechy i udawała, że nie słyszy kroków ojca nad kryptą. Teraz znowu prowadziła go w dół.
Ruszyli biegiem wzdłuż galerii, mijając kolejne wnęki korytarzy. Z dołu dochodził coraz wyraźniejszy zgiełk. Dym drapał w gardło i wchodził w oczy. Gdzieś za nimi ktoś wydał rozkaz, ale głos urwał się w połowie słowa.
Skręcili w wąski korytarz prowadzący do tylnej klatki schodowej. Ledwie postawili stopę na pierwszym stopniu, od dołu uderzył w nich tupot zbroi. Strażnik wyłonił się z zakrętu, dysząc ciężko. Pancerz miał niedopięty, jakby zbroił się w biegu, a oczy szeroko rozwarte.
— Wasze Wysokości! — Chwycił poręcz, żeby nie runąć na kolana. — Musicie natychmiast...
Świst przeciął powietrze. Strzała wbiła się w jego skroń, tuż nad łukiem brwiowym. Druga dosięgła go ułamek sekundy później, trafiając w szczelinę między niedopiętym napierśnikiem a skórzaną kamizelką. Ciało odchyliło się w tył i runęło na stopnie tuż przed nimi, a krew popłynęła po kamieniu cienkim, ciemnym strumieniem.
YOU ARE READING
Between Worlds
FantasyLiv myślała, że najgorsze, co może ją spotkać, to życie, z którego nie potrafi uciec. Myliła się. Po wypadku budzi się w świecie trzech księżyców - pięknym, dzikim i śmiertelnie niebezpiecznym. Nie wie, dlaczego właśnie tam trafiła. Nie wie, komu mo...
