Alexander
Piątkowy poranek był ciężki, przygaszony i zimny w sposób, który nie zostawiał miejsca na złudzenia. Toronto pod szarym niebem wyglądało z siedemdziesiątego piętra jak układ powierzchni, świateł i ruchu, któremu z tej wysokości łatwo było odmówić znaczenia. Dachy budynków przyprószał śnieg, już nie biały, tylko miejski, przybrudzony i przyciśnięty do betonu. Ulice błyszczały wilgocią. Ciemne sylwetki samochodów przesuwały się w wąskich smugach reflektorów, zbyt daleko, by przypominać ludziom o ich istnieniu.
Lubiłem ten widok. Nie ze względu na piękno. Piękno było pojęciem miękkim, nieprecyzyjnym, używanym zwykle wtedy, gdy ktoś nie potrafił nazwać rzeczy po ich właściwym znaczeniu. Mnie interesował porządek. Z tej wysokości miasto wyglądało tak, jak powinno wyglądać wszystko: logicznie, chłodno, bez pretensji do bycia czymś więcej niż systemem zależności.
Odwróciłem się od okna i wróciłem wzrokiem do mężczyzny stojącego po drugiej stronie biurka.
Daniel Foster trzymał teczkę przy boku odrobinę za mocno.
To był niewielki szczegół. Dla większości ludzi nieznaczący. Dla mnie wystarczający.
W gabinecie panowała cisza. Czerń hebanowego biurka pochłaniała światło równie skutecznie jak grafitowe ściany i przydymione szkło. Nic tu nie było przypadkowe. Nic nie miało za zadanie rozluźniać. Nie potrzebowałem roślin, zdjęć ani drobnych przedmiotów, którymi ludzie lubią udowadniać sobie, że w miejscu pracy zostawili kawałek życia. Życie nie było tym, co należało tu wnosić. Każda rzecz miała swoje miejsce. Każda linia swoją funkcję. Każde odstępstwo było widoczne natychmiast.
Tak samo jak człowiek, który właśnie stał naprzeciwko mnie i próbował wyglądać, jakby nadal panował nad sytuacją. Nie odrywałem wzroku od ekranu laptopa. Harmonogram dnia był rozpisany co do minuty. Siódma trzydzieści pięć: rozmowa z działem prawnym. Ósma: telekonferencja z Nowym Jorkiem. Ósma czterdzieści: spotkanie z finansami. Dziewiąta piętnaście: Harrington Developments.
Powinno być.
Nie było.
Puste miejsce w kalendarzu wyglądało gorzej niż błąd. Błąd można poprawić. Pustka oznaczała, że ktoś podjął decyzję za mnie i próbował wtopić ją w strukturę dnia tak, jakby miała prawo tam należeć. Zamknąłem laptop dopiero wtedy, gdy cisza w gabinecie zdążyła zrobić swoje. Foster poruszył się nieznacznie.
— Proszę mi wyjaśnić — powiedziałem spokojnie — dlaczego spotkanie z Harrington Developments zostało usunięte z mojego grafiku.
Odchrząknął cicho.
Nie odpowiedział od razu. To akurat było rozsądne. Ludzie, którzy zaczynają tłumaczyć się zbyt szybko, zwykle już wiedzą, że wchodzą w grunt, którego nie kontrolują.
— Ich zespół nie był gotowy na finalne ustalenia — powiedział w końcu. — Uznałem, że rozsądniej będzie wrócić do rozmów za kilka dni.
Podniosłem na niego wzrok.
— Uznał pan.
Nie było w tym pytania. Jego twarz pozostała z grubsza nieruchoma, ale szczęka napięła się mocniej. Na zewnątrz nadal wyglądał poprawnie. W środku zaczynał już rozumieć, że nie rozmawiamy o logistyce.
— Działałem z myślą o efektywności — odpowiedział. — Miał pan dziś i tak bardzo napięty dzień, a oni nie przedstawili niczego, czego nie można omówić później.
Przez kilka sekund nie mówiłem nic. Foster należał do ludzi, których firma lubi na początku. Szybki. Zorganizowany. Schludny w komunikacji. Sprawiał wrażenie kogoś, kto rozumie ciężar czasu na wysokim szczeblu zarządzania. Tacy ludzie bywają przydatni do chwili, w której zaczynają mylić sprawność z prawem do ingerencji.
![A Cold Flame [16+]](https://img.wattpad.com/cover/394212343-64-k207444.jpg)