Prolog

1.1K 26 5
                                        

Miasto o tej porze miało w sobie coś niepokojącego. Za dnia pełne ruchu i hałasu, nocą stawało się obce, ciche. Odcięte od zwykłego rytmu.

Dziewczyna wysiadła na przystanku. Poprawiła pasek torby i ruszyła wzdłuż chodnika powolnym, znużonym krokiem. Jej zmęczenie ukazywało się we wszystkim: od wyrazu twarzy, na zgarbionej postawie i chodzie kończąc.

Minąwszy główną ulicę skręciła między bloki, jak robiła to niemal każdej nocy. Nawet szum pojedynczych aut zdawał się tu milknąć. Po jednej stronie chodnik otaczały drzewa, po drugiej zaś rząd samochodów, ciągnący się dalej, niż sięgał wzrok. Tylko kilka pierwszych odbijało blask pobliskiej latarni, cała reszta tonęła w mroku.

W jednym z tych cieni uchyliła się szyba. Ukryte za nią oczy odprowadziły dziewczynę pod samo wejście do klatki, chłonąc każdy ruch, drgnięcie, najmniejszą zmianę.

Brunetka otworzyła torbę, oświetliła wnętrze latarką z telefonu i zaczęła przeszukiwać zawartość. Westchnęła ciężko. Choć domofon zepsuł się kilka dni wcześniej, spróbowała wystukać na nim kod. Bezskutecznie.

Zrezygnowana wybrała więc numer.

— Nie śpisz? — zapytała cicho, gdy po kilku sygnałach odebrano połączenie. — Weź zejdź i otwórz mi drzwi. Zapomniałam kluczy.

Przyłożyła palce do czoła, z pokorą wysłuchując monologu po drugiej stronie słuchawki.

— No nie działa — mruknęła. — Tak, ostatni. Obiecuję. Tylko rusz się, chłodno jest.

Rozłączyła się. Telefon zniknął w kieszeni, a ona naciągnęła rękawy bluzy na dłonie. Jak na czerwiec ostatnie noce były wyjątkowo zimne.

Coś sprawiło, że uniosła głowę. Wzrok sam powędrował w stronę parkingu. Zmrużyła oczy. Wszystko wydawało się wyglądać zwyczajnie, jednak serce zabiło jej szybciej. Ta cisza. Zbyt gęsta. Tak spokojna, że aż podejrzana.

Zacisnęła palce mocniej na materiale bluzy. Z twarzy zniknęło zmęczenie, w jego miejsce pojawiła się czujność. Nie miała jednak najmniejszej szansy dostrzec lekkiego uśmiechu, którym jej zakłopotanie skwitował obserwator.

Drzwi klatki otworzyły się nagle, rozlewając światło na chodnik. Dziewczyna drgnęła, włosy zakołysały się wokół jej twarzy, gdy gwałtownie odwróciła głowę.

— Następnym razem przykleję ci te klucze do czoła — oznajmiła współlokatorka, obrzucając ją przyjaznym, acz niepozbawionym dezaprobaty spojrzeniem.

— Sorki — posłała jej skruszony wyraz. Już miała przestąpić próg, ale potrzeba ostatniego zerknięcia w stronę parkingu okazała się silniejsza.

— Czekasz na coś?

— Nie, na nic. — Poruszyła nerwowo ramionami. — Chodźmy.

Weszły do środka. Niedługo później światło na klatce zgasło, sprawiając, że wnętrze budynku na nowo pogrążyło się w ciemności. 

Ulegnij IIWhere stories live. Discover now