Rozdział 1 - Pierwsze spotkanie

7 2 2
                                        

Pov George

Było jedno z tych popołudni, które zaczynają się od deszczu, a kończą nieoczekiwanym błyskiem słońca. Londyn miał swoje magiczne chwile, mimo że pogoda nie zawsze była dla niego łaskawa. Schowałem parasol pod pachę, starając się jak najlepiej ochronić moje książki przed przemoknięciem, gdy wychodziłem z metra. Byłem spóźniony. I to na pierwsze zajęcia. Co gorsza, nie znałem nikogo w tej grupie, a lęk przed nowymi osobami zawsze mnie przytłaczał.

Zresztą, co miałem do powiedzenia? Wszyscy byli młodszy, ja na studiach z literatury współczesnej byłem trochę starszy niż reszta, nie wspominając o moich nieco dziwacznych zainteresowaniach. W gruncie rzeczy, nie pasowałem do klasycznych obrazów studenta – nie biegałem na imprezy ani nie starałem się wyrwać dziewczyny na każdej przerwie. Mój świat to książki, czekolada, cisza i skrzypce. I, może trochę na wyrost, wyścigi samochodowe, choć w sumie… nie miałem prawa mówić o nich, bo nigdy nie miałem własnego auta.

Kiedy wchodziłem do sali, zauważyłem, że prawie wszyscy siedzą już na swoich miejscach. Było kilka wolnych krzeseł, a jedno z nich stało w pierwszym rzędzie. I tam właśnie siedział on. Jakby cały świat wokół niego zatrzymał się na chwilę, wstrzymał oddech. Blondyn. Wyjątkowo wysoki, przynajmniej o głowę wyższy ode mnie, z opaloną skórą i oczami, które nie miały nic wspólnego z moim spokojnym, ciemnym spojrzeniem. Jego spojrzenie było pełne życia, pełne pasji. A na jego rękach? Blizny, niektóre mniejsze, inne większe, które świadczyły o tym, że nie miał lekkiego życia. Wzrok mi uciekł na chwilę, potem wrócił do niego. Musiałam odetchnąć. Co się ze mną działo? A przecież to tylko facet.

Drewniane krzesło pisnęło, gdy usiadłem obok niego. Oczywiście, to on pierwsze zerknął na mnie, z lekkim uśmiechem, tak pewny siebie, jakby nie miał żadnych wątpliwości, że spotkał kogoś interesującego.

„Cześć”, powiedział, a ja poczułem, że moja twarz czerwienieje. Tylko tyle? Tak się zapętliłem w tym jednym słowie, że na chwilę zapomniałem, co się dzieje wokół. Czy mam odpowiedzieć? O nie, po prostu pomyślałem o najprostszym: „Cześć”. Nic bardziej oryginalnego nie przyszło mi do głowy. Zamiast tego, nasze spojrzenia się spotkały, a on podniósł jedną brwią, jakby mówił „Naprawdę? Tylko tyle?”. Zacząłem się czuć głupio.

„Jestem Dream” – powiedział, wyciągając rękę, jakby było to całkiem naturalne. Odpowiedziałem szybko, czułem się głupio, nie chcąc, żeby ta cisza między nami trwała zbyt długo.

„George” – odpowiedziałem z lekkim uśmiechem, podając mu rękę. W tym momencie poczułem, jak moje serce bije nieco szybciej, a dłonie zaczynają się pocić. To nie był zwykły chłopak. Jego obecność, jego pewność siebie, jego sposób bycia sprawiały, że czułem się, jakbym wkrótce stracił kontrolę nad sytuacją. Ale, co gorsza, czułem się z tym dobrze. Może trochę za dobrze.

Nie mógłbym powiedzieć, że spędziliśmy resztę zajęć w pełnej ciszy, ale raczej rozmawialiśmy w miarę swobodnie. Zapytał mnie o książki, które lubię. Zapytał o moje zainteresowania. I, chyba dla równowagi, powiedział, że uwielbia czerwone róże, że ma do nich sentyment. O, to na pewno wyróżniało go spośród innych. Większość ludzi mówiła o ulubionych książkach, filmach, rzeczach, ale róże? Kto, u licha, mówi o różach? I, jak się później okazało, dla niego były one czymś znacznie ważniejszym niż zwykłym kwiatkiem.

A potem, w przerwie między wykładami, jakby zupełnie nie zwracając uwagi na to, co się dzieje wokół nas, Dream po prostu spojrzał na mnie z tym swoim rozbawionym uśmiechem, w którym kryło się coś, czego nie potrafiłem zrozumieć.

„Chcesz iść na kawę?” – zapytał, a ja odpowiedziałem bez zastanowienia. Moje serce znowu przyspieszyło, ale tym razem byłem gotów stawić temu czoła.

Po zajęciach poszliśmy do małej kawiarni nieopodal. Nie mówiłem nic o sobie, bo właściwie nie miałem pojęcia, co powiedzieć. Przez pierwszą godzinę spędzoną razem prawie milczeliśmy, ale nie było to dziwne. Wręcz przeciwnie – czułem się swobodnie w jego towarzystwie. Więcej niż swobodnie.

On mówił. Mówił o swoich wyścigach, o swoich bliznach, o tym, jak miał dość tego życia na Florydzie, jak nie potrafił się odnaleźć w tym bezsensownym chaosie, który go otaczał. I ja, mimo że nie byłem w stanie się do końca z nim identyfikować, czułem, że rozumiem go bardziej, niż mogłem to przyznać. Był jak otwarta książka, której nie mogłem oderwać wzroku.

Następnego dnia znowu się spotkaliśmy. I tak, dzień po dniu, zaczęliśmy spędzać coraz więcej czasu razem. Tak jakby to nie było przypadkowe spotkanie, jakby ta przyjaźń była czymś, na co czekaliśmy przez całe życie.

Ale to, co stało się później, było zupełnie nieoczekiwane. Uświadomiłem sobie, że zaczynam się w nim zakochiwać.

he...Where stories live. Discover now