PROLOG: PRZEDTEM

96 12 3
                                        

Niewielki zegarek miał już wskazać północ, gdy drzwi do gabinetu otworzyły się zamaszyście. Kilka kartek spoczywających dotąd na mahoniowym biurku uniosło się i z gracją opadło na miejsce, wciąż jednak nie zaznając spokoju przez nieznaczne podmuchy wiatru, wpadającego do pomieszczenia przez otwarte okno. 

Szarawe, zmierzwione włosy kobiety opadły na wilgotne czoło, a orzeźwiające powietrze wydało się tak samo lodowate, jak chwilę temu, kiedy wysiadła z taksówki. Jej wzrok natychmiast zatrzymał się na okrytych białą koszulą plecach mężczyzny. Stał niewzruszony wtargnięciem. W uniesionej dłoni, gdzieś na drodze do ust, w miejscu zastygł snifter, a jego zawartość zdawała się absorbować światła świata zewnętrznego, rozpraszając je, niczym w praktycznie niezauważalnym kalejdoskopie.

Przez chwilę milczeli w ciemnościach gabinetu, wśród odległych odgłosów ulic, przecinających się wiele pięter pod nimi. Mężczyzna nie odrywał wzorku od świateł wieżowców, maleńkich samochodzików, skąpanych w barwach rozmywających się w ulicznym smogu. 

- Zmieniłam zdanie - przemówiła wreszcie kobieta, głosem niskim i przesiąkniętym desperacją. - Nie możemy tego zrobić. 

Mężczyzna wziął łyk koniaku, lecz nie odwrócił się do mówczyni. 

- Spodziewałem się ciebie - odparł spokojnie. 

- Michael - rzuciła stanowczo, ale głębokie przekonanie o własnej bezsilności zniekształcało jej ton. - Zrób coś, musisz to zatrzymać. 

Odstawił kieliszek na wąski parapet i zwrócił się ku niej. 

- Vivienne, wiem, że nie uważasz, że rozumiem, co przeżywasz...

- Nie rozumiesz - przerwała mu ostro. Zamilkł na chwilę. 

Dźwięki żyjącego miasta wypełniły przestrzeń, kiedy ich spojrzenia, jedno pełne obaw i współczucia, drugie wyostrzone niezłomnością i żalem, krzyżowały się niczym szpady. 

- Jak sobie to wyobrażasz. - przemówił Michael, przegrywając ten niemy pojedynek. -  Wszystkie oddziały są gotowe, decyzje zapadły. Potężna grupa ludzi jest przygotowana, by realizować jeden cel. Pomyśl o budżecie. Wiem, że nie to chciałaś usłyszeć Vivienne, ale już jest za późno. Nie wolno ci teraz zwątpić.  Oboje wierzyliśmy, że...

- To od początku był chory pomysł. 

Teraz między jej słowami tańczyło rozgoryczenie. Chwiejnym krokiem podeszła do biurka i uderzyła w przysadzisty blat. 

- Masz autorytet, żeby to zatrzymać.

Jej ton zabrzmiał jak synteza oskarżenia z ostrzeżeniem. Oskarżała go o bierność w obliczu nieuchronnych konsekwencji lekkomyślnych decyzji. Ostrzegała go przed gniewem zranionej kobiety. 

- Nie dostaniemy drugiej takiej okazji. 

Vivienne westchnęła ciężko i opuściła głowę, wbijając wzrok w drewno. W myślach odtwarzała wydarzenia ostatnich miesięcy i usiłowała przywołać tę samą determinację, która napędzała ją i utrzymywała w przekonaniu, że wybrała dobrą drogę. Właściwy sposób. Sposób, okazja, tylko tego szukali i mieli wykorzystać, ale czy koszt nie był zbyt wysoki? Czy odpowiednio przekalkulowali ryzyko? Co właściwie miało wyższą wartość w bilansie zysków i strat? Co jeśli przestanie być ich stać na spłatę kredytu zaufania, jaki zaciągnęli u samych siebie, w świetle dnia, gdy wszystko wydawało się być bardziej przejrzyste? A może to ich wzrok był zamglony. Przysłonięty wizją zwycięstwa. A teraz, kiedy kurz wywołany ferworem przygotowań opadł i ukazał im ponury obraz rzeczywistości. Co jeśli nie mieli racji?

Wyprostowała się i spojrzała na Michaela, który zapraszającym gestem ponaglił ją do dołączenia do niego przy oknie. 

- Od jutra, będziemy mogli tylko patrzeć - powiedział, gdy kobieta stanęła u jego boku. 

*****

Zapraszam serdecznie do lektury mojego literackiego debiutu:) 

twitter: @aureoroze

SUCCESORSWhere stories live. Discover now