1. You're Webbing Me Around (Marvel)

79 5 1
                                        

Od samego rana siedziałam w pokoju i mentalnie przygotowywałam się na tę dzisiejszą walkę. Żeby sobie trochę odetchnąć co jakiś czas podchodziłam do biurka i ulepszałam mój strój Człowieka Pająka, by choć trochę przestać myśleć o tym, co może pójść nie tak. Od około godziny siedziałam na łóżku, z którego znowu wstałam, nie po to, żeby znowu ulepszyć strój, tylko po to, żeby otworzyć okno Parkerowi, który zaczął dobijać się do mnie. Otworzyłam okno na oścież i gestem dłoni pozwoliłam wejść Peterowi. Pajęczak zdjął swoją maskę i rzucił się na łóżko ciężko dysząc.

- Od 20 minut się do ciebie dobijam - mówi zdyszanym głosem szatyn

- Wybacz, zamyśliłam się - odpowiedziałam obojętnie

Peter tylko przyglądał się mojej twarzy, która pozostawała przez ten cały czas bez żadnych emocji. W końcu oderwał ode mnie wzrok i spojrzał na zegarek elektroniczny na szafce niedaleko mojego łóżka, który wskazywał za 15 północ. Parker energicznie wstał i podszedł do okna, po czym odwrócił się przodem do mnie.

- Ubieraj się, mamy niewiele czasu - powiedział na jednym wdechu

Nic nie odpowiedziałam, tylko zabrałam strój i wyszłam do łazienki połączonej z moim pokojem. Zdjęłam przepocone i brudne od pajęczyny ubrania i wrzuciłam je do pralki, a na ciało nałożyłam mój strój wyposażony w ulepszenia i jeszcze więcej pajęczyn. Okręciłam się wokół swojej osi i sprawdziłam jak wyglądam, nie powiem, wyglądałam naprawdę dobrze. 

- Black, jesteś? - odezwałam się do mojej sztucznej inteligencji

- Jestem, Victorio - odezwał się kobiecy głos wewnątrz mojej maski

- Wybornie - odpowiedziałam, a potem zdjęłam maskę

Wyszłam z kabiny i podeszłam do Parkera, któremu, lekko mówiąc, opadła szczena. Gdy w końcu się otrząsnął gestem dłoni pokazał, abym to ja wyszła pierwsza. Wyskoczyłam z okna wypuszczając pajęczynę, która zaczepiła się na budynku na przeciwko mojego bloku. Skakałam tak z Peterem 10 minut, aż w końcu trafiliśmy na miejsce, opuszczoną fabrykę. Jak tylko Spider Man wylądował tuż za mną nakazałam mu palcem być cicho. Weszliśmy do środka, lecz nikogo tam nie było. Przenieśliśmy się na dach, a tam sytuacja zrobiła się nieciekawa, zaatakowało nas chyba pierdyliard robotów, nie powiem, tego w swoich scenariuszach nie miałam. Zaczęliśmy walczyć z tymi istotami, które niespodziewanie łatwo było pokonać. Razem z Petem powaliliśmy ostatniego robota, gdy poczułam czyjąś obecność za swoimi plecami. Odwróciłam się, a za mną stał Zielony Goblin we własnej osobie. Jego kostium lśnił w blasku księżyca, a maska wystraszyłaby na pewno nie jedno dziecko. Mężczyzna przestąpił z nogi na nogę, po czym przechylił głowę w prawo. Mimo maski na twarzy mogłam przysiąc, że na jego twarzy widnieje ironiczny uśmiszek.

- Słynne pajączki raczyły się zjawić, nieprawdaż? - powiedział nazbyt entuzjastycznie Goblin

- Prawdaż, prawdaż. Gadaj czego chcesz - warknęłam rozdrażniona

- Ale skąd te nerwy, moje pajączki? - znów wyprowadził mnie z równowagi, podeszłam do niego i zaczęłam walczyć. 

Po kilku sekundach dołączył się tez Parker, z którym powaliliśmy Zielonego na ziemię. Niestety, nie spodziewaliśmy się że ta jego deska przyleci tu i powali Spider Mana. Zaczęłam walkę w ręcz mężczyzną, ciągle tylko unik, atak, kontra, atak, unik i tak w kółko. Zaczęłam przegrywać przez brak sił, ale w jednym momencie zadałam decydujący cios. Zielony opadł na ziemię kaszląc. W końcu udało nam się strzelić w Zielonego Goblina, udało się, jego maska osunęła się z twarzy, a widok zdziwił mnie całkowicie. To był on, to był...

- Tata... - szepnęłam, czując jak w moich oczach zbierają się łzy

- Córeczko - szepnął resztkami sił mój ojciec

Ukucnęłam przy jego ciele, które oddzielało się powoli od duszy. Złapałam go za rękę, która z każdą chwilą stawała się coraz zimniejsza. Spojrzałam w jego czy, których powieki z każdą sekundą coraz bardziej opadały.

- Tato, nie zostawiaj mnie. Proszę, nie - szeptałam, nie wiedząc, czy chcę uspokoić tatę bądź siebie - Nie możesz mnie zostawić, nie możesz, po prostu nie możesz...

- Victoria, spójrz na mnie. Jesteś najważniejszą osobą w moim całym, nędznym życiu. Jesteś moim promyczkiem - mówił równierz będąc bliskim płaczu

- Promyczkiem... - powtórzyłam to jak mnie nazwał, i nazywał, gdy byłam mała

- Kocham cię... - to ostatnie zdanie, które wypłynęło z jego ust

Tata zamknął oczy, a jego ręka wypadła z mojej, on umarł. Zaczęłam trzęść jego ciałem w lewo, prawo i bóg jeden wie jaką stronę. Nic nie dawało rezultatów, on już odszedł, nie jak wtedy, gdy miałam 5 lat, on odszedł na zawsze.

- Tato, obudź się. Tato, masz się teraz obudzić, bo inaczej skopię ci dupę, tato. Tato, tato obudź się - mówiłam pozwalając łzom płynąć po moich policzkach - Tato, obudź się! Tato!

Łzy lały się po moich policzkach niczym potok, a oczy zaczerwieniały się w tempie błyskawicy. Nie mogłam pojąć jak to mogło się stać, moja jedyna prawdziwa rodzina już nie żyje, mój tata umarł.

- Vic, idźmy już - usłyszałam obok głos Petera

Nic nie powiedziałam, tylko się w niego wtuliłam. On zaskoczony oddał przytulasa, którego tak bardzo tetaz potrzebowałam. Zaczęłam wypłakiwać wszystkie łzy w jego czerwony strój. On nie protestował, tylko jeszcze bardziej mnie do siebie przycisnął. Spojrzałam ten ostatni raz martwe ciało mojego ojca i zdałam sobie sprawę z jednej rzeczy. Został mi już tylko Peter...

One shot powstał dla Marvelous_Mad

One ShotsWhere stories live. Discover now