Rozdział 14

1.1K 110 24
                                    

 - Boże! Czemu dopiero teraz mi to powiedziałeś?!- usłyszałem głos mojej doktor. Wzruszyłem ramionami i sięgnąłem po dzbaneczek z mlekiem. Nalałem trochę do filiżanki z herbatą, nie zwracając uwagi na panią Robyn, która chodziła zdenerwowana po pokoju, trzymając rękę na brodzie, a ja po prostu wymieszałem sobie mój gorący napój i upiłem jego łyk. Może powinienem jej wcześniej o tym wspomnieć?

 - No jakoś tak wyszło...- burknąłem. Ona mnie zgromiła wzorkiem, opierając się o biurko na przeciwko mnie. Widać, że głęboko rozmyślała nad moimi słowami. Oczywiście nie powiedziałem jej, kto jest powodem tych koszmarów. Na samą myśl przeszły mnie ciarki. Bardziej bolały mnie słowa, niż czyny, ponieważ dotyczyły one Harry'ego.- Gdyby Harry był przy mnie, nic takiego by się nie stało.- dodałem z sarkastycznym uśmiechem, żeby wzbudzić w niej wyrzuty sumienia.- Pilnowałby mnie, a ja nie miałbym głupich myśli, że nie chce mnie znać, albo układa sobie życie beze mnie.

 - Chciałam najpierw skupić się na innych aspektach terapii...

 - Pierdolenie.- przerwałem jej i zanurzyłem usta w herbacie. Hm... może poszlibyśmy z Harrym na randkę? Albo chociaż na spacer? Rzadko gdzieś wychodzimy razem. Ciągle któryś z nas jest zajęty, on ma sesje, czasem jeździ na wieś, ja mam pracę, teraz ciągle jeżdżę do domku, upilnować, żeby wszystko poszło zgodnie z planem. Zostały tylko 3 pokoje do wykończenia i będą już meble składali. Na razie zamówiliśmy do kuchni, jadalni, salonu i mojego biura, ale dzisiaj mamy wybierać sypialnie gościnne. Shelter było prawie skończone, a przeprowadzkę planowaliśmy na drugą połowę grudnia, aby zaprosić rodzinę na święta do nas. Spojrzałem na dr. Fenty, opierała się o biurko zamyślona i mamrotała coś pod nosem.- Mam tu spędzić godzinę, a na razie minęło 15 minut. Chce pani coś jeszcze ze mną wyjaśnić?

 - Wiesz Louis...- zaczęła bardzo spokojnym, delikatnym tonem.- Mam wrażenie, że nie mówisz mi wszystkiego.- miałem ochotę zacząć bić brawo, ale powstrzymałem się. Nie chciałem mieć problemów, on nie pozwolił nic nikomu mówić...- Mam nadzieję, że wyjaśnisz ze mną tą kwestie, może nie dzisiaj, ale dobrze by było, gdybyś kiedyś to zrobił.

 - Może...- szepnąłem, odwracając wzrok.- Wie pani co? Mimo, że jestem z Harrym, mam osobę, którą kocham, przyjaciół, to nadal nie wiem, co mi jest. Czuję się pusty... jakbym dopiero odnalazł rzecz, której mi brakuje, ale nie mam pojęcia, co to może być. Czasem są takie momenty, kiedy jestem bardzo szczęśliwy, mam wrażenie, jakbym to znalazł, a potem to wszystko się ulatnia i nie wiem, co ze sobą zrobić.

 - Może jakiś przykład?- zapytała delikatnie, wracając na swój fotel i wyjmując notes z szuflady biurka. czekała na moją odpowiedź, a ja głęboko się zastanawiałem, kiedy ostatni raz, czułem tą pełnię.

 - Jak byłem na wsi u znajomej Harry'ego... ona miała małą córeczkę, która niestety jest chora, ale jest na prawdę cudownym dzieckiem.- kobieta zapisała coś na kartce i znowu się na mnie spojrzałam.- Innym razem pomogłem małemu chłopcu znaleźć jego mamę, bo się zgubił.- uśmiechnąłem się na samo wspomnienie błękitnych oczu.- Kiedy planowałem nasz dom i specjalnie zrobiłem dwie większe sypialnie gościnne, choć nie do końca wiedziałem czemu...- skończyłem, a doktor zamknęła notatnik i uśmiechnęła się promiennie.

 - Mężczyźni chyba tego nie zauważają, ale ja już wiem, o co chodzi. Nie chcę ci tego mówić, bo albo mi nie uwierzysz, albo się zdziwisz. Chciałabym, żebyś sam to zauważył, dostał olśnienia. Proponuję relaks z dala od miasta, może do tej znajomej pana Styles'a? Odpoczniesz tam. zrelaksujesz się i może przez chwilę poczujesz się szczęśliwy w pełni.

~*~

 Wróciłem do domu w dziwnym nastroju. Nawet doktor radziła mi, żebym pojechał z Harrym. Zdjąłem buty i ruszyłem w stronę naszej sypialni, mój chłopak miał zaraz przyjść, więc zrobię mu niespodziankę. Wyciągnąłem torbę sportową, w której zwykle chodziłem na siłownie i zacząłem pakować swoje rzeczy. Mamy czwartek, więc jutro z rana pojedziemy na budowę, a stamtąd do Rose i zostaniemy do niedzieli. Zero pracy, zero telefonów, relaks - tak jak to radziła pani Fenty. Zgarnąłem torbę i ruszyłem do garderoby, aby schować koszulki, jakieś dresy, trampki i inne pierdoły potrzebne na następne kilka dni. Zamyśliłem się i zszedłem na dół, aby wziąć trochę słodyczy i soków dla Teddy. Dzieci to uwielbiają. Wziąłem parę paczek ciastek, czekoladek i soczki w kartoniku i wróciłem na górę, żeby to pochować. Radość stopniowo wstępowała we mnie i nie mogłem się pozbyć uśmiechu z twarzy. Usłyszałem dźwięk windy i omal nie pisnąłem ze szczęścia. Zaraz powiem Hazzie, że jedziemy na wieś! Włożyłem ostatnie potrzebne rzeczy i wyciągnąłem torbę mojego chłopaka, żeby i on mógł się spakować. Powoli zszedłem po schodach i usłyszałem, że z kimś rozmawia. Zmarszczyłem brwi i przystanąłem za drzwiami kuchni, żeby mnie nie zauważył.

 - Synku, tak się cieszę, że jesteś szczęśliwy.- usłyszałem damski głos, dobiegający z telefonu. Harry pewnie rozmawiał ze swoją mamą i wziął ją na głośnik. Uśmiechnąłem się i słuchałem dalej, ciekawe co on jej o mnie naopowiadał. Moja mama i bracia to znali prawie każdy szczegół z życia mojego chłopaka i mnie, oczywiście omijając sprawy łóżkowe, bo do tego nie mogli się wtrącać.

 - Dzięki mamo.- zaśmiał się mój chłopak.- Nie wyobrażam sobie nikogo innego, niż Louis.- to samo zdanie miałem o nim. Ciekaw czy jego mama mnie polubi.- Musicie się z nim zobaczyć. Nie mogę się doczekać, aż kiedyś przyjedziemy do Anglii albo wy do nas.- już się rozmarzyłem. Pojedziemy do Anglii, spotkamy się obiema rodzinami, Max i siostra Hazzy, ja i mój chłopak, moi pozostali bracia i rodzice. To byłoby cudowne.

 - Ja też nie mogę!- zachichotała kobieta.- Hm... Hazzuś, a wy nie planujecie czegoś więcej?- dodała po chwili trochę ciszej.

- To znaczy mamo? Mieszkamy już razem, a niedługo się wprowadzamy do nowego domu na obrzeżach NYC.- odpowiedział trochę zdziwionym tonem.

 - Myślałam o ślubie, czy coś.- wstrzymałem oddech. Byłem ciekaw co odpowie, a każda sekunda jego milczenia była jak godzina. A jak nie chcę brać ze mną ślubu? Może woli żyć po prostu obok? Nigdy bym nie przypuszczał, że to ja będę się tym zamartwiał, skoro jeszcze pół roku temu było mi obojętne, jednak teraz, gdy myśli o małżeństwie z moim Loczkiem zajmowały 50% mojego wolnego czasu.

 - Mamooo....- jęknął.- A nawet jeśli to co? Nie możemy? Na razie Lou ma trochę problemów i gadanie o tym nie jest priorytetem. Może za parę miesięcy zacznę temat.- odpowiedział, a ja się zarumieniłem. Czyli chciał wziąć ze mną ślub. Kamień spadł mi z serca, a na twarz wkroczył szerszy uśmiech.

 - Nie mów, że sobie tego nie wyobrażasz.- powiedziała kobieta typowo rodzicielskim tonem, który zwykle zawstydzał swoje dzieci. Hmm... coś czuję, że jej przyjaźń z moją rodzicielką opiera się na obgadywaniu swoich dzieci.

 - Myślę o tym nie raz. Klasyczny, piękny, czarno-biały tort, sala weselna ozdobiona na biało, srebrno, złoto i może trochę różu, kwiaty i balony, nasze małe kuzynki, które niosłyby obrączki, nasz pierwszy taniec to oczywiście byłaby klasyka... coś Presley'a, Lou w granatowym garniturze, bo podkreśla jego oczy...

 - A Harry w jasno szarym, bo takie kolory mu pasują.- powiedziałem wchodząc do kuchni. Hazz spojrzał na mnie z szeroko otwartą buzią i rumieńcami na policzkach. Cmoknąłem go delikatnie i uśmiechnąłem się szeroko.- dobry pani Styles.- powiedziałem, wtulając się w zawstydzonego loczka.

 - Cześć Louis. Zostawiam was samych, zadzwońcie jeszcze. Kocham cię Hazz!- powiedziała, Hazz coś mruknął w odpowiedzi, a po chwili usłyszeliśmy urwane połączenie.

 - Ładnie mi w niebieskim?- uśmiechnąłem się, a Harry odwrócił wzrok.- Jesteś słodki, kochanie. Też nie wyobrażam sobie nikogo lepszego od ciebie.- stanąłem na palcach i znowu go cmoknąłem.

 - Podsłuchiwałeś nas. Nieładnie.- burknął.

 - Nie przesadzaj kocie. A teraz się pakuj, bo rano zajedziemy na chwilę na budowę, a potem na wieś.

 - Żartujesz?!- pokręciłem głową, a on mnie podniósł i pokręcił wokół własnej osi.- Boże, cieszę się, że się zgodziłeś! Już dzwonie do pana Dowsona!- cmoknął mnie w policzek i poleciał na górę, pewnie się zacząć pakować. Pokręciłem głową z politowaniem i wziąłem sobie banana z koszyka na owoce.

 To będzie wspaniały weekend.

Shelter Место, где живут истории. Откройте их для себя