Rozdział 1

90 10 1
                                        

 Siedziałam przy barze w jednej z przydrożnych knajp. Sączyłam alkohol ze szklanki starając się nie zwracać uwagi na pijackie śmiechy dawno wstawionych mężczyzn. Kilka z nich starało się mnie zaczepić, jednak moja obojętność i brak jakiegokolwiek zainteresowania ich zaczepkami skutecznie odsunął ich od dalszych prób.

Ciepło od płynącego w moim organizmie trunku powoli rozchodziło się po ciele.

Moja głowa nie była stworzona do alkoholu. Miałam cholernie słabą głowę do picia. Nie wiele procentów było mi potrzebne aby odebrać mi zdrowy rozsądek.

Faktem było to, że nie mogłam nigdy doprowadzić się do stanu nietrzeźwości. Mój styl życia mi na to nie pozwalał.

Chyba, że życie było mi niemiłe.

Co jakiś czas jeden z czarnoskórych, postawnych ochroniarzy musiał interweniować przy bójkach odgrywających się za moimi plecami.

Ale nie interesowało mnie nic, oprócz szklanego naczynia wypełnionego brunatną cieczą.

Nie interesowało mnie nic do momentu, gdy w barze wybuchło wielkie zamieszanie. Krzyki rozchodzące się po pomieszczeniu, hałas tłuczonego szkła i przewracane stoliki wraz z krzesłami.

Cały alkohol wyparował ze mnie w momencie gdy nad moją głową w barek pełen butelek z różnokolorowymi trunkami trafił pocisk. To był moment w którym poczułam, jakby ktoś wylał na mnie kubeł zimnej wody.

Czym prędzej zeskoczyłam ze swojego siedzenia i z głową nisko popędziłam za najbliższą ścianę. Oparłam się tyłem o zimny mur i wzięłam głęboki oddech.

W końcu delikatnie wychyliłam swoje ciało zza ściany aby dokładniej przyjrzeć się całej sytuacji.

Dwóch mężczyzn.

Wysoki, lecz szczupły i niezbyt rozbudowany szatyn.

Ciemny brunet, na oko wyższy od tego pierwszego. Szara, opinająca koszulka wyraźnie podkreślała jego budowę. Z każdym jego ruchem, mogłam obserwować spinające i rozluźniające się mięśnie. Był ranny w dwóch miejscach o czym świadczyły dwie ciągle poszerzające się szkarłatne plamy na jasnym materiale.

Szatyn także był ranny, jednak mogłam to stwierdzić tylko po jego jękach i sykach, a także łapanie się za obolałe ramię.

Ciemnowłosy w porównaniu do niego zdawał się nie zwracać uwagi na przyjęte obrażenia.

Z tego co mogłam wychwycić, około osiem osób starało się skrócić im życie.

Ponownie schowałam się za ścianką działową, która gruncie rzeczy była bezużyteczna jako 'tarcza'. Gdyby ktoś miał zamiar wpakować mi kulkę, na spokojnie mógłby to zrobić, gdyż zwykła płyta nie zatrzymałaby pocisku.

Rozejrzałam się dokładnie wypatrując jakiejkolwiek możliwej i rozsądnej drogi ucieczki. W zasięgu mojego wzroku znalazło się niewielkie okienko, które w tej chwili ratowało mi tyłek. Podniosłam się ze swojego miejsca z zamiarem ucieczki, jednak z tyłu głowy zawzięcie prowadziłam z samą sobą kłótnię.

Jeśli teraz wyjdę, ta dwójka albo zginie od postrzału w głowę, albo się wykrwawi.

Wychyliłam się jeszcze raz aby spojrzeć na ich sytuację. Dwójka stała do mnie plecami i dalej zawzięcie walczyła o życie, natomiast większa grupa napastników stała do mnie przodem, dzięki czemu mogłam ujrzeć ich twarze.

Day of dead | Frank Castle |Stories to obsess over. Discover now