‖ Murder in the woods ‖

17 4 4
                                        

Jedynym światłem jakie można było dostrzec wśród wielkich i rozłożystych drzew był blask niewielkiej latarki, która trzymana była w żelaznym uścisku młodej kobiety. Biegła ona przez gąszcz, tylko by uciec jak najdalej od mężczyzny, podążającego za nią od samego początku. Kobieta nie krzyczała, biegła w ciszy, dysząc tylko od zmęczenia co jakiś czas oraz przełykając z trudem ślinę, która zbierała się bardzo szybko w jamie ustnej. Jej oczy wypełnione były łzami przez negatywne myśli związane z jej niedaleką przyszłością. Bała się, bała się że umrze. Bała się też tego, że jej ciało będzie gnić gdzieś w środku lasu, a wspomnienie o niej samej zatraci się gdzieś we mgle i nikt jej nie zapamięta, nikt nie zapłacze nad jej losem. Wiedziała, że to się stanie, w momencie, kiedy ów mężczyzna zaczął biec zaraz za nią, krzycząc przy tym niezrozumiałe dla niej słowa bądź zdania. Jej umysł odpierał wszelkie bodźce dochodzące za jej plecami, skupiając się tylko i wyłącznie na ucieczce i w ostateczności ukryciu się gdzieś w niewidocznym miejscu, by móc wezwać w jakikolwiek sposób pomoc. Krzyk jednak był coraz głośniejszy, a kobieta z każdą kolejną chwilą miała większe problemy z zagłuszeniem głosu mężczyzny. Głos miał ochrypły i przeraźliwie głęboki, tak jakby wydobywał się z samych piekieł, do których z otwartymi ramionami chciał przyjąć młodą kobietę. Bowiem przekonana była, że sam szatan zszedł na Ziemię, by zabrać ze sobą niewinną duszę, która przypadkiem zgubiła się w głębi nocnego lasu, szukając drogi powrotnej do bezpiecznych dłoni swojej matki.

Z każdą kolejną chwilą kobieta coraz bardziej opadała z sił, a głos był bliżej i bliżej. Chcąc sprawdzić jak daleko jest jeszcze od niej mężczyzna, postanowiła odwrócić głowę, sprawdzając wcześniej czy, aby na pewno nie ma, żadnego korzenia lub większej gałęzi, o którą mogła by się potknąć i przewrócić, umożliwiając oprawcy szybsze oddzielenie duszy od ciała. Chwilę przed tym zanim miała się ona obrócić, ucichło. Nie słyszała już żadnego głosu, ani drugiej pary butów odbijających się od mokrej ściółki. Zdezorientowana i jednocześnie zaniepokojona nagłą ciszą ze strony oprawcy obróciła głowę, jednak nie widziała nikogo. Mężczyzna prawdopodobnie zatrzymał się i zrezygnował z dalszej pogoni, lecz kobieta nie była wstanie zrozumieć dlaczego. Przecież był on coraz bliżej niej, sekundy dzieliły go od tego, aby pochwycić dziewczynę i pociągnąć ją do tyłu by jej ciało spotkało się z tym jego i gładkim ruchem wyciągnąć z kieszeni nóż, a następnie wbić go w plecy wyczerpanej kobiety. Jednak nie stało się tak. Biegła teraz sama, cała zdyszana, ledwo co łapiąc kolejne wdechy, chcąc uciec od tego przeklętego miejsca. Przebiegłszy kilkanaście kolejnych metrów, w końcu zatrzymała się łapiąc głębokie hausty powietrza, jednocześnie kaszląc. Obraz miała całkowicie rozmazany przez nagromadzone słone łzy w jej oczach. Wysilając swój organizm, przetarła ślepia, które teraz bolały tak bardzo, że nie była w stanie utrzymać wzroku bez zamknięcia ociężałych powiek. Kolejne chwile mijały, a kobieta wytężała swój wzrok, by pomimo bólu mogła dostrzec zbliżającą się sylwetkę. Obracając się co chwila nasłuchiwała wszelkich odgłosów. Z każdą kolejną chwilą bała się coraz bardziej. Miała wrażenie, że mężczyzna zaraz wyskoczy gdzieś zza drzewa i zamknie jej usta by nie mogła krzyczeć, wołać o pomoc. Cisza napawał ją lękiem, że to tak naprawdę ma za zadanie zmylić bezbronną dziewczynę i uśpić jej zmysły. Zaczęła płakać, co chwila przecierając już czerwone od bólu oczy. Rozmazany obraz nie przeszkodził jej jednak, aby znów zacząć biec w nieznanym kierunku. Zimny wiatr okalał jej opuchnięte oczy i mokre policzki, tak jakby chciał ująć jej twarz w zimnym dotyku i szepnąć do ucha, że to jeszcze nie koniec. Wyprostowała głowę i zamrugała kilkakrotnie by, dostrzec, że w niewielkiej odległości od niej widzi światło znajdujące się powyżej linii wzroku kobiety. Zachwycona tym faktem, nie zauważyła wzniesienia i źle ułożona stopa spowodowała upadek kobiety, następnie uderzenie twarzą o wysoko wystający korzeń. Lekko ogłuszona starała się jak najszybciej podnieść z ziemi, nie zważając na stan w jakim się znajduje, lecz zamarła słysząc za sobą szelest liści, następnie dźwięk ortalionowej kurtki. Niespodziewany ból w kostce uniemożliwił kobiecie dalszą ucieczkę, więc ta odwróciła się w stronę oprawcy, godząc się z własnym losem. Mężczyzna był tak blisko, że można było zobaczyć w jego oczach pożądania. Wtedy też, dziewczyna wiedziała, że nie będzie tylko ofiarą morderstwa, ale także nieuniknionego gwałtu na jej żyjącym bądź martwym ciele. Wszystko to działo się tak szybko, że nie wiadomo w której chwili oprawca znalazł się tak blisko niej by zaraz po tym dosięgnąć szorstkimi dłońmi, przerażoną na śmierć kobietę.

W ostatniej chwili jednak został agresywnie pociągnięty w ty i zamknięty w żelaznym uścisku. Zdezorientowany mężczyzna zaczął szamotać się we wszystkie strony chcąc uwolnić się i zaatakować tego, który go złapał. Jednak był zbyt słaby, a zimny przedmiot na jego gardle uświadomił mu, że nie ma już żadnych szans. Przedostający się do lewego ucha, cichy śmiech był ostatnim co usłyszał mężczyzna, przed wbiciem ostrza w jego krtań. Jedyne co zobaczył tylko tryskającą dookoła krew i tracąc resztki życia osunął się w ramiona oprawcy. Nieznajomy czując ciężar martwego ciała, rzucił na zakrwawioną ściółkę nóż i dokańczając to co zaczął, skręcił mężczyźnie kark, a następnie niedbale zrzucił ciało na rosnące obok spróchniałe drzewo. Widząc to wszystko kobieta, nie tracąc więcej czasu wstała na równe nogi i chwiejnie zaczęła biec w kierunku światła latarni. Dźwięk skręcanego karku odbijał się w jej głowie bez przerwy, przypominając jej, że za chwilę może sama skończyć w taki sam sposób jeśli pozwoli sobie na słabość. Nie chciała się już odwracać, bo bardzo dobrze słyszała szelest liści i odgłos ciężkich butów odbijających się od ziemi. Ten jednak nie krzyczał za nią, biegł w ciszy tak samo jak i kobieta, całkowicie skupiając się na jednym celu. Wszystko wyglądało jak cichy berek, który zamiast śmiechu miał zakończyć się tragicznie dla jednej osoby. Biegła więc, wypluwając płuca, byle by nie zwolnić, byle by się nie przewrócić. Widząc już zarys latarni, która wyłoniła się zza drzew, kobieta wypełniła się nadzieją, że jest dla niej szansa na dobre zakończenie tej historii. Przypływ adrenaliny pozwolił jej zapomnieć o bolącej kostce i braku poprawnego oddechu, a skupić się tylko i wyłącznie na dotarciu do latarni, która zwiastowała fragment cywilizacji. Nie słyszała już nic, nawet dźwięku własnego ciała. Będąc coraz bliżej krańca lasu, zobaczyła ulicę i trochę oddalone od niej domki. Zagryzła mocno szczękę i ostatkiem sił wybiegła z lasu  oświetlona blaskiem latarni, znalazła się na ulicy po której co jakiś czas jeździły auta. Przebiegła przez nią najszybciej jak mogła i zaczęła krzyczeć o pomoc, gdyż widziała jak w niektórych domach pali się jeszcze światło. Zobaczywszy jak ktoś wychyla się zza okno a następnie otwiera drzwi frontowe, upadła na ziemię całkowicie wyczerpana ucieczką. Miała już pewność, że jest bezpieczna. Ostatkiem sił odwróciła głowę w kierunku lasu i dostrzegła stojącego mężczyznę na pograniczu lasu, wpatrującego się wprost na nią. Zanim zemdlała słyszała jeszcze nawoływania w jej kierunku, które pytały się jej czy coś się stało, a potem była już tylko ciemność i cisza.

«»

Historia, w której oprawca staje się ofiarą.




«»

Z wielką chęcią chciałabym podziękować kilku osobom, które możliwe, że tego nie wiedzą ale przyczyniły się do powstania mojego pierwszego one shota.  

Nie jestem z niego jakoś wybitnie dumna, bo jednak to pierwszy taki tekst, który opublikowałam w internecie, ale mam nadzieję że nie jest on ostatnim.


Pozdrowionka 

Wasza Orus~ 💕

Murder in the woods ‖ ✔Stories to obsess over. Discover now