Idalia Harris poniedziałkowy poranek standardowo zaczęła od dużego kubka gorącej, czarnej kawy. Wraz z naczyniem wypełnionym parującą cieczą udała się na taras i, przywitana chłodną bryzą, zasiadła na jednym z drewnianych krzeseł. O tej porze całe Marsvill pogrążone było w głębokim śnie. Jedynie w niektórych domach paliło się światło, a ulubiona sąsiadka Idalii wyprowadzała swojego białego jak śnieg labradora na poranny spacer. Kobiety wymieniły serdeczne uśmiechy, a owa sąsiadka, Gabriela, pomachała przyjaciółce na przywitanie. Właścicielka psa była wysoką blondynką z wyraźnie zaznaczoną, szczupłą talią, długimi, wyćwiczonymi nogami i idealnie płaskim brzuchem. Pracowała na siłowni, gdzie była trenerem personalnym, a także na basenie – posługiwała jako ratowniczka. W wakacje dodatkowo zatrudniała się nad pobliskim jeziorem i tam pilnowała plażowiczów. Pomimo tego, że Gabriela była o pięć lat młodsza od trzydziestoletniej Idalii, miały zupełnie inne poglądy i style życia, kobiety bardzo dobrze się dogadywały i już nie raz udowodniły, że ich przyjaźń pokonuje wszelakie trudności.
Idalia, pogrążona w swoich myślach, prawie zapomniała, że już za kilka minut powinna wyjechać do pracy. Właśnie, prawie. Kobieta od zawsze była zafascynowana pracą w policji i już od najmłodszych lat się do tego przygotowywała, a co za tym idzie, wykluczyła ze swojego życia przyjemności, zabawę, a co najważniejsze – rodzinę. Pomimo tego, że Idalia pragnęła być żoną, matką, a w dalekiej przyszłości nawet babcią, dała się porwać w wir pracy i niestety, odłożyła swoje potrzeby i instynkty na dalszy plan.
Gdy kubek znajdujący się w dłoniach kobiety opróżnił się, Idalia wstała z wygodnego krzesła i wróciła do mieszkania. Dom przepisali jej rodzice, którzy już kilka lat temu wyprowadzili się do Faton, sąsiedniej wioski, w której wiedli spokojne, emerytowane życie. Ojciec Idalii, pan Stefan Harris, połączył pracę z pasją. W młodości uczył w miastowej szkole literatury, a odkąd przeszedł na emeryturę zaczął pisać własne wiersze. W przeciągu zaledwie dwóch lat sześćdziesięciosiedmioletni mężczyzna wydał tomik poezji, czym sprawił sobie małą rzeszę fanów. Jego żona, a matka Idalii, pani Barbara Harris, była sekretarką. Aż do emerytury pracowała w kancelarii prawniczej, a od roku hodowała dwie krowy w stajni na swoim dużym podwórzu.
Idalia wchodząc do kuchni włożyła kubek do zlewu i od razu go umyła. Wytarła go ścierką w czarno czerwoną kratę i schowała na miejsce. Osuszyła dłonie ręcznikiem papierowym i przeszła przez jadalnio-salono-korytarz prosto do łazienki. Tam stanęła przed lustrem i przyjrzała się sobie. Nigdy nie uważała siebie za szpetną, ale też nie była piękna. Sądziła, że jest po prostu ładna. Twarz kobiety była szczupła z odznaczającymi się kośćmi policzkowymi, czego Idalia nigdy nie zaakceptowała. Na szczęście już dawno pozbyła się trądziku, jednak gdzie nie gdzie zostały jej spowodowane przez niego przebarwienia. Zielone oczy okalały ciemne rzęsy, które nawet nie pomalowane dobrze się prezentowały. Długie, czarne włosy splotła w gruby warkocz, który sięgał jej lekko przed pas. Sylwetkę, dzięki swojej pracy, miała szczupłą, jednak nie przesadnie. Brzuch czasem lekko jej odstawał, a ręce nie były do końca takie jak chciała, co niekiedy wpędzało ją w kompleksy, dlatego już od dawna nie nosiła obcisłych bluzek, lub tych na ramiączka.
Trzydziestolatka z szafki pod umywalką wyjęła kosmetyczkę i zaczęła nakładać makijaż. Ponieważ Idalia na co dzień stawiała na wygodę, nie malowała się mocno. Jedynie delikatnie zakrywała, lub podkreślała, to co danego dnia tego wymagało. Dzięki temu cały proces trwał około dziesięciu minut, a jak powszechnie wiadomo z rana czas nie jest sprzymierzeńcem.
Idalia uśmiechnęła się do swojego lustrzanego odbicia i w myślach skomplementowała swoją nową, jasnobrązową pomadkę. Skorzystała jeszcze z toalety i opuściła łazienkę. Skierowała się do sypialni i z ogromnej szafy z ciemnego drewna wyjęła czarne, obcisłe spodnie i tego samego koloru luźną bluzkę na długi rękaw. Zdjęła błękitną, satynową piżamę i, składając dokładnie, odłożyła ją na idealnie zaścielone łóżko. Idalia oceniła w lustrze swoją stylizację i ponownie tego dnia się uśmiechnęła. Lubiła ciemne kolory, to w nich czuła się najlepiej, dlatego też jej stylizacje były zwykle mroczne. Kobieta już nie raz spotkała się z, oczywiście w pełni mylnym, stwierdzeniem, że jest uosobieniem wszystkiego co złe. Jednak gdy delikwent zadał sobie trud, aby ją poznać, zmieniał zdanie co do niej. Idalia od zawsze miała wpajane, że w tym całym ,,światowym zamieszaniu'' muszą znaleźć się dobrzy, mili i pomocni ludzie. Postanowiła więc, że będzie jedną z nich.
Wychodząc z sypialni Idalia uchyliła okno, wpuszczając poranne, rześkie powietrze. Zgarnęła swoją małą torebkę i upewniła się, czy dokumenty i samochodowe kluczyki znajdowały się w środku. Do specjalnej kabury przypiętej do pasa spodni włożyła pistolet, a na szyi zawiesiła policyjną odznakę. Znów się uśmiechnęła. Praca w wydziale zabójstw nigdy nie była łatwa, ale Idalia to kochała. Uwielbiała być nazywaną ,,panią detektyw'', lubiła adrenalinę wynikającą z niebezpiecznych zagadek i satysfakcję po zamknięciu kolejnych śledztw.
Opuszczając dom dwa razy upewniała się, czy aby na pewno zamknęła wejściowe, oraz balkonowe, drzwi. Oczywiście nigdy dotąd nie zdarzyło jej się o tym zapomnieć, ale ostrożności nigdy za wiele. Niestety, w przypadku Idalii, często bywało jej aż nadto.
Szczęśliwa trzydziestolatka wsiadła do swojego czarnego auta i szybko włączyła się do ruchu. Na szczęście przed szóstą rano jeszcze nie było dużych korków. Po drodze wstąpiła jeszcze do swojej ulubionej kawiarni, która na szczęście była już otwarta, i kupiła jedną dużą kawę i tego samego rozmiaru zieloną herbatę z dodatkiem malin. Idalia zatrzymała się na przeznaczonym dla niej miejscu parkingowym i, zabierając wszystko z samochodu, wysiadła. W drodze do swojego biura minęła kilka zaspanych twarzy, do których szczerze się uśmiechała.
- Chyba nikt nie podziela twojego entuzjazmu – powiedziała kobieta siedząca za jednym z dwóch biurek.
Adele Vadem, bo tak właśnie nazywała się czterdziestoletnia współpracownica Idalii, trzymała dłonie na dużym, ciążowym brzuchu i uśmiechała się serdecznie.
- Niestety nie – Idalia pokiwała głową. – Przyniosłam ci coś – postawiła odpowiedni papierowy kubek przed przyszłą mamą.
- Z nieba mi spadłaś – podziękowała. – Ile mam ci oddać?
- Przestań – zaprzeczyła czarnowłosa. – To twój ostatni dzień, chociaż herbaty się z tobą napiję – zachichotała.
- Nawet nie przypominaj – Adele zrobiła skwaszoną minę. – Nie wyobrażam sobie siebie przez rok w domu. Przecież ja dostanę szału!
- Dzidzia nie pozwoli ci się nudzić. Przynajmniej tak mi się wydaje. Nigdy nie miałam dziecka – posmutniała Idalia.
- Hej – brzemienna z ciężkością wstała i podeszła do koleżanki, chwytając ją za ręce. – Na ciebie też jeszcze przyjdzie czas. Popatrz na mnie, mam czterdzieści lat i jestem w pierwszej ciąży. Poza tym, może ten nowy co ma przyjść na moje miejsce będzie przystojny i to on będzie ojcem twoich dzieci? – zabawnie poruszyła brwiami.
Obie kobiety wybuchły śmiechem, a Idalia zaczęła się zastanawiać, czy kiedykolwiek będzie miała czas na miłość?
YOU ARE READING
Grota Marzeń ~Tom Felton~
FanfictionDwójka detektywów rozpoczyna śledztwo dotyczące morderstw młodych kobiet. Czy dochodzenie będzie jedynym, co ich połączy?
