Rozdział 6

152 19 4
                                        

        Sorelle ziewnęła przeciągle. Powoli zaczynały docierać do niej sygnały z zewnątrz. Najpierw poczuła miękką i ciepłą pościel, następnie cichutkie kroki, na co natychmiast otworzyła oczy. Przeturlała się po łóżku i miękko opadła na podłogę. Kroki ucichły.

        - Panienko? - odezwał się dziewczęcy głos.

        Sorelle miała ochotę przywalić sobie w twarz. Oblała się rumieńcem i powoli podniosła z podłogi. Z drugiego końca pokoju zdziwionym spojrzeniem obrzucała ją Sophie - służąca. Nawet długa poszarpana blizna na twarzy nie była w stanie przyćmić jej uroku. Sorelle poczuła się zażenowana, gdy spostrzegła, że dziewczyna niesie dla niej sukienkę. Chciała ją zaatakować. Niepozorną służkę. Miała ochotę zapaść się pod ziemię.

        - Wszystko dobrze? - spytała ponownie Sophie.

        Sorelle szybko pokiwała głową, usiłując opanować swój wstyd.

        - Mam dla panienki sukienkę. Co prawda z szafy panienki Lovelace, ale mam nadzieję, że będzie pasować - oznajmiła dziewczyna, unosząc w powietrze długą, lekko różową suknię, na widok której Sorelle miała ochotę udusić jej projektanta. Zdusiła w sobie odruch wymiotny i uśmiechnęła się delikatnie.

        - A nie ma może jakiejś w nieco ciemniejszym kolorze?

        Sophie mina zrzedła.

        - Postaram się coś znaleźć - odpowiedziała, po czym szybko opuściła pokój.

        Sorelle opadła na łóżko z cichym westchnięciem. Najpierw nawiedza Willa Herondale'a niemal w jego sypialni, a potem paraduje w różowej sukience... Te czasy działają na nią zdecydowanie negatywnie. Potrząsnęła głową usiłując wyrzucić ze swojego umysłu obraz błękitnych oczu Walijczyka patrzących prosto na nią w oświetlonym jedynie jej świecą, korytarzu.

        Podniosła się z łóżka i podeszła do okna. Rozsunąwszy zasłony uśmiechnęła się czując ciepłe promienie słońca padające na jej bladą twarz. Zaczęła się zastanawiać, co w tej chwili może robić Ivy. Uznała, że zapewne właśnie ratuje jakieś małe, urocze kotki przed zjedzeniem albo coś podobnego. Taka była właśnie Ivy. Urocza, cicha i dobra. Choćby nie wiadomo jak bardzo temu zaprzeczała, taka była. Nieważne, z jakiej rodziny się wywodziła, ważne jaka była. Nie to, co Sorelle. Cała rodzina zwyczajna, a tylko ona Nocna Łowczyni. Najdziwniejszy przypadek w historii od czasów Aleksandra Wielkiego.

        Wtem wróciła Sophie z ciemnozieloną suknią z szafy pani Branwell. Sorelle ubranie przypadło do gustu i po pół godzinie szamotania się z gorsetem i kilku niecenzuralnych słowach z XXI w. była gotowa. Gotowa na śniadanie... Jak to idiotycznie brzmi.

        Zgarnęła fałdy sukni w pięści, uniosła tak wysoko, by dało się sensownie iść i rozpoczęła schodzenie po schodach, tupiąc przy tym obcasami. Wciąż czuła na policzkach uszczypnięcia Sophie, która uznała, że jest zbyt blada. We włosach miała jakieś idiotyczne i wpijające się w czaszkę spinki. Ogólnie Sorelle uznała, że ten świat nie jest dla niej.

        Gdy w końcu dotarła do jadalni usłyszała stłumione parsknięcie. Szybko namierzyła wściekłym spojrzeniem Willa i zamordowała go wzrokiem.

        - Pięknie wyglądasz - oznajmił.

        - A twój głos ocieka jadem - odparła, siadając do stołu. Rozejrzała się. Nikogo jeszcze nie było.

        - Nie możesz po prostu przyjąć komplementu? - spytał czarnowłosy, dosiadając się.

        Sorelle spojrzała na niego spode łba.

Welcome to 19th centuryWhere stories live. Discover now