analgezja

620 65 73
                                        

— Hannibal, wiem, że tu jesteś.

Kroki niosły się po ciemnych korytarzach, od ścian pałał chłód. Zapach wilgotnego kamienia drażnił nozdrza, starając się zakorzenić swoje nienamacalne wyrostki głęboko w oskrzelach. Atmosfera cmentarzyska spowijała kręte ścieżki, chwytając każdego przybyłego mackami niepokoju.

— Hannibal.

Słowa były sprzecznością, obelgą w komplemencie, grzechem plamiącym modlitwę. Nienawidził go, równocześnie pragnąc jego obecności. Zawładnął nim mrok, wymagający duszy komplementarnej, do pokalania — choć czasami odnosił wrażenie, że to on był duszą pokalaną.

— Wybaczam ci.

Cienie zachwiały się ponownie, tafla spokoju zatrzepotała. Szelest z prawej. Szelest z lewej.

Dłoń powędrowała do kabury, zacisnęła się na niej.

Will.

Fale dźwiękowe zadrżały nierównomiernie, cząsteczki podrażniły bębenki, neurony przesłały informację. Zamknięcie komórki. Otwarcie.

Graham odwrócił się, powitała go ciemność. Ciepła dłoń spoczęła na twarzy, na oczodołach, dotyk skóry parzył. Will wciągnął powietrze.

Zetknięcie ulotne jak miraż.

Lecter stał za nim, ich ubrania elektryzowały się o siebie. Drugą dłoń miał zaciśniętą w pięść, wsuniętą na żebra Grahama. Ręka Willa powędrowała wzdłuż kończyny kanibala, chwyciła ją w nadgarstku, delikatnie, potem stanowczo. Palce Hannibala się poruszyły, strosząc rzęsy mężczyzny.

Will pociągnął rękę w dół i szarpnął się do tyłu, ciało starszego uderzyło z impetem w kamienną ścianę. Dłoń Hannibala wylądowała pod brodą konsultanta, drugą przytknął mu do twarzy. Mokra chusteczka utrudniła oddychanie, ostry, kwiatowy zapach osiadł na materii powietrza, wdzierając się do ciała bez konsensu.

Ciało Grahama zachybotało, kopiąc, próbując się wyrwać ze stalowego uścisku. Na próżno.

Wcześniejszą ciemność zastąpiła kolejna, głębsza.

Głęboka jak ocean, którego słona woda wlewa się przez nos, zatykając dopływ powietrza, kłując, krztusząc, dusząc. Paląc błony śluzowe, rozdzierając delikatne tkanki, coraz mocniej się w nie wżerając.

Hannibal zastanawiał czasami, co dzieje się z jego ofiarami potem. Nie, żeby o to dbał. Interesowały go kwestie czysto filozoficzne — każdy ma swoje piekło, swoją nicość? Czy jego Will był równie nudną personą i rozwieje się w materii? Czy utopi się we własnej duszy, zniknie na zawsze w ciemności własnego umysłu? Nie, żeby go to obchodziło. Ot, naukowa debata.

Świszczący oddech zamarł, Graham otrząsnął się, zakasłał. Ciepło otuliło jego ciało, był rozebrany z kurtki, dłonie w nadgarstkach miał skute. Siedział na czymś miękkim, oparty o ścianę. Spróbował się podnieść, z trudem, nogi odmówiły mu posłuszeństwa, świat zawirował.

— H-Hannibal — wychrypiał, niewidzialne ostrze poharatało jego gardło. Suchość w ustach przyklejała mu policzki do zębów.

Poświata świec zachybotała na panelach ściennych, pomieszczenie tonęło w półmroku. Ze świetlika sączył się nikły blask gwiazd, ginący przez wysokość sali. Przechylenie głowy do tyłu, by spojrzeć w niebo, skończyło się bólem w potylicy.

Zacisnął szczękę i przymknął oczy. Kiedy je znowu otworzył, Hannibal siedział naprzeciw, w pikowanym fotelu. Dłonie zaciskały się na obu podłokietnikach, włosy miał w nieładzie, ubranie zmięte.

『redempcja』 hannigramOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz