I

120 11 6
                                        


— Oooo mój Boże... Nie odwracaj się teraz, znowu się na ciebie gapi.

Charlie Colton syknął cicho i strzepnął głową jak kot, wzburzając bałagan bladorudych włosów.

— I tak nie chciałem się odwracać, Rosie. Skończ panikować, bo zauważy, że ty zauważyłaś.

Gorące promienie późnowiosennego słońca zalewały Dziedziniec Transmutacji do tego stopnia, że siedząc na trawie i przesuwając palcami przez jej świeże źdźbła dało się poczuć, jak bardzo jest nagrzana. Głębokie cienie kładły się w krużganku i zdawało się, że niektórzy uczniowie woleli schować się w ich zaciszu, żeby oddychać świeżym powietrzem bez wystawiania się na słońce — ale nie Charlie. Nie widział sensu w chowaniu się w chłodnych murach zamku, kiedy kolejny dzień z rzędu panowała taka piękna pogoda. Powietrze pachniało kwitnącymi krzewami i liśćmi, rozgrzaną wilgocią i czymś subtelnie korzennym; od zamku niósł się stłumiony gwar przerwy między lekcjami, a gdzieś wśród roślin bzyczały niskimi tonami pszczoły. Pojawiały się pierwsze zapowiedzi upalnego lata.

Charlie wystawiał twarz do słońca i niezmiernie lubił sposób, w jaki wszystko, co widział pod powiekami, nabierało dzięki temu ciepłego, pomarańczowego zabarwienia, jak pogodna akwarela rozlana po żółtawym pergaminie. Kiedy zaś otwierał oczy, przez chwilę jedynym wrażeniem, jakie do niego docierało, była wszechogarniająca jasność, a dopiero potem, powoli, wyłaniały się z niej kształty rzeczywistości: wieżyczki zamku odcięte jak nożem na tle najczystszego błękitu nieba, ciężkie kamienny mury, okienka odbijające światło, omszałe dachówki, wreszcie nawet sfera armilarna znacząca środek dziedzińca, która zapewne sparzyłaby, gdyby jej teraz dotknąć. Zobaczył swoje buty, nogi wyciągnięte na trawie i białą koszulę, teraz niemal oślepiającą. Krawat w czarno-żółte pasy rozwiązał leniwie już przy samym wyjściu na zewnątrz; leżał teraz obok skórzanej torby, na rozsypanych po trawie książkach.

Wąskie wargi Charliego zadrżały, kiedy odetchnął jeszcze raz rozgrzanym powietrzem. Poprawił grzywkę opadającą chaotycznie na czoło i dopiero zerknął w kierunku swojej przyjaciółki. Zmrużył oczy.

— Mógłbym położyć się na środku tego dziedzińca — oświadczył — zasnąć i czekać, aż cały zamienię się w szczęście i energię słoneczną.

— Gadasz jak Trelawney.

— Po prostu uruchamia się mój tryb wewnętrznego słonecznika.

Odetchnął jeszcze raz i już tylko uśmiechnął się szeroko, ale właściwie nie po to tutaj przyszedł, żeby tylko się wylegiwać. Podciągnął się do bardziej skupionego siadu, zwiesił głowę i zajrzał przez ramię Rosie. Prawie kończyła swój rysunek zębatego geranium. To w jej zeszycie było niemal identyczne z tym, które szczerzyło kiełki ze strony otwartego podręcznika. Charlie gwizdnął z podziwu, ale nie mógł sam zabrać się do roboty, bo coś zauważył. Rosie znowu to robiła. Znowu podnosiła głowę i patrzyła w przeciwny koniec dziedzińca, tam, gdzie akurat padało najwięcej cienia.

— Nie wierzę — odezwał się, przyciągając z powrotem jej uwagę. Uniósł brwi.

— Ale co?

— Nie wierzę, Rosie. I kto tu się w kogo wpatruje? Mieliśmy odrabiać pracę domową na powietrzu i złapać trochę słońca, a nie gapić się na ludzi.

Rosie westchnęła bezradnie, wbijając w niego błagalne spojrzenie.

— To ON się gapi. Ja tylko upewniam się, czy nie robi tego zbyt często. Żeby cię bronić.

Irysy i migdały | HogwartOpowiadania do pokochania. Odkryj je teraz