Randki.
Magnus uwielbiał randki. Uwielbiał przyjemne oczekiwanie. Uwielbiał długą kąpiel i nakładanie balsamu na ciało. Uwielbiał wybieranie ubrań oraz późniejsze zakładanie ich. Uwielbiał dobieranie biżuterii. Uwielbiał malowanie paznokci i robienie makijażu.
Od zawsze lubił dbać o szczegóły. Były dla niego bardzo ważne. Jeśli miał dwa różne kolczyki, skarpetki czy buty, to tylko dlatego, że najwyraźniej tak miało być. Z jakiegoś powodu...
Sobota była przepełniona przygotowaniami na kolejną randkę. Zbyt długo wymawiał się od nich, dlatego gdy ostatnim razem spotkał czarnowłosą piękność, bez wątpienia zainteresowaną jego żartami i jego osobą, bez zwłoki zaproponował spotkanie.
Wybrał stand-up, bo dlaczego by nie? Miał na niego ochotę, a on bierze to, co chce. O siedemnastej zjawił się pod kamienicą, wysiadając z samochodu i podchodząc do czekającej na niego dziewczyny.
- Dzień dobry, Isabelle.
Podszedł do niej, muskając ustami jej policzek.
- Magnus... Hej. - Uśmiechnęła się i minęła go, podchodząc do auta. - Jedziemy?
Magnus zaśmiał się i ruszył, żeby otworzyć jej drzwi. Isabelle zdecydowanie była bezpośrednia i otwarta. Może właśnie tego potrzebował.
* * *
- Śmiał się z ciebie! Byłeś jedynym kolesiem obsypanym brokatem, to musiało być o tobie!
Izzy zaśmiewała się cały wieczór, a już najbardziej, kiedy stand-upowiec wskazał Magnusa, nawiązując do jego wyglądu i rzucił o nim kilka żartów.
- Po to idzie się na takie występy!
- żeby mogli się z ciebie śmiać? - Isabelle z niedowierzaniem uniosła brew.
- Tak, dokładnie tak! Byłem tam gwiazdą, kwiatuszku. I to właśnie dzięki jego śmianiu się ze mnie.
Pokręciła głową rozbawiona i zaczęła na głos wspominać swoje ulubione fragmenty występu. Magnus nie żałował wyboru miejsca na randkę. Oboje wypili kilka drinków, słuchając artysty i prawie dławiąc się nimi kilka razy. Było parę przypadkowych dotyków dłoni, kiedy łzy śmiechu pojawiały się w ich oczach.
Było miło i zabawnie. Świetnie się bawili. Izzy była doskonałą towarzyszką. Wystarczająco szalona, żeby śmiać się z pomysłów Magnusa i podążać za nim. Magnus był zachwycony.
Po stand-upie poszli do knajpki niedaleko na włoską kuchnię i dodatkową lampkę wina. Lub dwie. Jednak rozmowa tak dobrze im szła, że wyszli dopiero po piątej. Spacerowym krokiem ruszyli mniej więcej w stronę domu Iz, dopiero po godzinie decydując się zadzwonić po taksówkę.
Tego wieczoru pożegnali się buziakiem w policzek i trochę przedłużonym spojrzeniem sobie w oczy, oboje z szerokimi uśmiechami i błyszczącymi oczami. Kiedy taksówka znowu ruszyła, Magnus patrzył przez okno jak Isabelle znika w drzwiach budynku. Tylko kątem oka zauważył ruch w oknie.
* * *
Magnus miał dość. Nie cierpiał takich dni. Dni, które wypełnione były papierami i durnymi sprawami bogatych ludzi. Nie interesowały go ich błahe problemy i nie miał ochoty się nimi zajmować, ale było to główne źródło jego zarobku. Zaciskał więc zęby i przybierał najbardziej przymilny uśmiech na jaki go było stać.
Gdy po jednym z takich dni zagłębił się w swoją miękką sofę z kakao i kotem na swoich kolanach, nie spodobał mu się dźwięk przychodzącego połączenia. Odebrał, jęcząc męczeńsko do słuchawki.
