Przemierzałam ulice Portland razem z moim przyjacielem Wergil'em. Pierwszym jakiego poznałam po przeprowadzce do obcego miasta i jak na razie jedynym. Styczniowy wieczór dawał się we znaki więc naciągnęłam na głowe kaptur bordowego płaszcza. Ostrożnie stawiałam stopy patrząc podejrzliwie na oblodzony chodnik.
- Lu, czekaj- spojrzałam na chłopaka wyrwana z zamyślenia. Przystanęliśmy przy małej drewnianej budce z gorącymi napojami.- Trzymaj.- Uśmiechnął sie wciskając mi w ręce jednorazowy kubek z parującą gorącą czekoladą.
- Dziękuję, nie musiałeś...
- Daj spokój gdyby nie ty już dawno wywaliliby mnie z uczelni. A właśnie, co zamierzasz później robić? Mam nadzieje, że rzucisz tą pracę i znajdziesz coś lepszego.
- O rany mógłbyś przestać narzekać na kawiarenke- przewróciłam oczami upijając ostrożnie łyk gorącego płynu. Przyjemne ciepło rozeszło się po przełyku. Była idealna. Nie za słodka ale nie za gorzka.
- Marnujesz się tam dziewczyno.
- Nie jest tak źle. Przynajmniej mogę się napić dobrej kawy na koszt firmy. Poza tym to i tak praca dodatkowa. Po studiach poszukam czegoś lepszego. Może trafi się ciepła posadka księgowej. A ty? Jakie masz plany?
- Zostane inżynierem w firmie ojca. Będę rysował plany, z czasem zaczne projektować.
Dotarliśmy do skrzyżowania na którym zawsze się rozstajemy.
- Przynajmniej ty wiesz co będziesz robił w życiu. Do zobaczenia jutro na zajęciach. Nie spóźnij się.
- Postaram się.- zaśmiał się przytulając mnie do szerokiej klatki piersiowej. Przy nim było mi ciepło i czułam się bezpiecznie.
Odsunęliśmy sie od siebie słysząc dźwięk sygnalizacji świetlnej. Chłopak oderwał się ode mnie. Rzucając słowa pożegnania przeszedł przez pasy. A ja nadal stałam patrząc z irytacją na czerwone światełko. Wszędzie było cicho i pusto. Rozejrzałam sie jeszcze raz i wkroczyłam na pasy.
Po zrobieniu dwóch kroków zauważyłam wyjeżdżające zza rogu ciemne, masywne auto. Zbliżało się z dużą prędkością. Sparaliżowana strachem nie byłam w stanie się ruszyć, usłyszałam pisk opon, a potem już była tylko ciemność.
