Zbudził go krzyk, który z trudem przedzierał się przez szalejącą za murami burzę. Lucjan Ians z niezadowoleniem uchylił powieki, rozglądając się po swoim niewielkim pokoju. Wpadająca do środku łuna księżyca, oświetlała szalejące za oknem gałęzie, które już jako cienie, tańczyły po nagich, beżowych ścianach. Było mu ciepło, leżał bowiem pod kołdrą i cienkim kocem, które otulały jego ciało, nie pozwalając chłodowi na dostanie się do środka.
Cisza.
Gotów był już wrócić do snu, przekonany, że tak naprawdę żadnego krzyku nie było, jednak wtedy dźwięk powtórzył się, teraz - kiedy chłopak był przytomny - już znacznie wyraźniej. Podniósł się natychmiast i nasłuchując dalej, postawił bose stopy na chłodnym parkiecie, na drobne ciało naciągając stosowny szlafrok. Trzask, odgłos szamotaniny, coś definitywnie się działo, a co gorsza - wszystkie te odgłosy dobiegały z prawej strony, a po prawej stronie korytarza, u góry, swój pokój miał Panicz Surre.
Ians pośpiesznie otworzył szufladę niewielkiej szafki nocnej i wyjął z niej nożyczki, którymi dzień wcześniej ścinał swoje blond włosy. Następnie opuścił pokój, boso wybiegając na korytarz, a kierując się wprost w stronę schodów. Teraz nie słyszał już nic poza swoimi krokami i siarczyście walącym o okna deszczem. Przez jego myśli przemykały wszystkie najczarniejsze scenariusze, kiedy z duszą na ramieniu gnał w stronę drzwi, pod którymi widniała słaba łuna światła. Pokój panicza Surre znajdował się na końcu korytarza, nieco dalej od reszty, ze względu na niechęć ojca i rzekome choroby - w grę wchodziły więc względy bezpieczeństwa. A przynajmniej tak twierdziła Adrianna Surre.
Po raz pierwszy w swoim osiemnastoletnim życiu, postanowił zignorować obowiązek pukania do drzwi i po prostu wparował do środka, w dłoni jako broń, dzierżąc metalowe nożyce.
Z całą pewnością nie był gotowy na widok, przed którym przyszło mu stanąć. Panicz Surre leżał na podłodze, przytrzymywany przez nagiego od pasa w dól Tutrleja, nowego ogrodnika rodziny. Krew była wszędzie i choć nie lała się strumieniami, krople i plamy dawało się zauważyć zarówno na białej pościeli, co na podłodze, szafce i ubraniach. Lewy bok szyi Tutrleja zlany był krwią, jego jądra przypominały swoim kolorem dojrzałe buraki, jednak u panicza krew najbardziej widoczna była na nagich, mlecznych udach.
Połączenie ze sobą wszystkich tych wątków zajęło Lucjanowi niewiele czasu, w pierwszym odruchu niczym niepohamowanej złości, rzucił się na ogrodnika i zatapiając nożyce w jego ramieniu, siłą ściągnął go z szesnastoletniego chłopaka. Leon podniósł się natychmiast, ciężko dysząc i charcząc, jego usta, szyja, chuda pierś; wszystko pokryte było potwornie czerwoną krwią, która dziko, prymarnie odznaczała się na wszechobecnej, arystokratycznej bieli. Ians widział w bławatkowych oczach czysty strach, terror, odrazę; emocje, z którymi młody Surre miał okazje zderzyć się już nie raz, a jednak po raz pierwszy tak żywo to okazywał. Lucjan nie potrzebował więcej, z jasną świadomością tego, co miał zamiar zrobić, przeniósł wzrok na półleżącego ogrodnika, który pozbawiony połowy ucha i godności, leżał na ziemi i charczał.
Zdecydowanym ruchem wyszarpnął nożyce z ramienia Turtleja, powodując tym większy krwotok, a następnie opadł na kolana i zadał kolejny cios, tym razem w pierś. Przeraźliwy wrzask przebiegł po korytarzu, kiedy chłopak ponownie wyszarpnął ostrze ze świeżej rany, by zaraz zadać kolejną. Był w amoku, w pewnym momencie zagubił się w biegu sytuacji, w jednej chwili obserwował jak to Leon zatapia ostrze w żywym mięsie, a w następnej już trzymał go mocno w swoich ramionach, odciągając go od wciąż żywego Turtleja. Byli tylko chłopcami, nastolatkami z niewielką siłą, szczególnie podtruwany lekami Leon, tak więc rany nie były wystarczająco głębokie, aby ubić wieprza.
Rozczarowujące było, że dopiero jego wrzaski sprowadziły do pokoju państwo Surre i lokaja Gilberta, uzbrojonego w miotłę.
- Panicz Leon został zaatakowany - powiedział natychmiast Ians, kiedy Adrianna Surre, ubrana w różowy szlafrok, w szoku zasłaniała usta.
James Surre stanął w progu i przesunął po pokoju obrzydliwie spokojnym wzrokiem.
- Ja widzę, że to mój ogrodnik krwawi - mruknął przenosząc zobojętniałe spojrzenie na najmłodszego syna.
Leon wahał się zaledwie kilka chwil, nim przemówił do ojca, z którym miał nad wyraz napięte relacje.
- On próbował mnie zgwałcić.
- Bo się łasiłeś, jak jakiś kurwiszon - stwierdził James, po czym obrócił się do Gilberta, który mimo swojej drobnej postawy, wpatrywał się w swojego chlebodawcę z siłą dziesięciu chłopa. - Gilbert, dzwoń po lekarza i policję, mojemu synowi należy się lekcja pokory i ponoszenia odpowiedzialności za swoje czyny.
Ada Surre w końcu zabrała głos, jednak Ians nie był w stanie jej słuchać. Swoją uwagę skupiał na Leonie, który po słowach ojca całkowicie zdrętwiał w ramionach Iansa, patrząc przed siebie pustym wzorkiem, kiedy krew zasychała na jego twarzy.
Tej nocy coś w nim umarło.
Służby zjawiły się na miejscu relatywnie szybko. Lekarze zajęli się ogrodnikiem, który przestrzeżony przez Jamesa, robił z siebie ofiarę, a następnie zamknęli się w pokoju i odpowiednio zbadali milczącego Leona. Policja spisywała protokół, pod uwagę biorąc głownie słowa pana domu. Ians nie potrafił nawet się odezwać, nie mógł odnaleźć w sobie siły; umysłowe gry w tym domu zdążyły go wykończyć i w pewnym momencie przez jego głowę przeszła myśl, że jemu i Leonowi lepiej będzie w ośrodku. Młody Surre był nieznośnie sprytny i zaradny, Lucjan nie widział powodu, aby się o niego martwić.
Stojąc po ścianą, w półciemnym mroku, pogodzony ze swoim losem, poczuł nagle jak coś napiera na jego udo.
- Weź to - powiedział Gilbert, który napierał na Lucjana niedużym zawiniątkiem z banknotów - i zabierz go stąd. Każdy dał co miał.
- Niby dokąd? - zapytał cicho - jak ty to sobie wyobrażasz?
- Gdziekolwiek. W ośrodku co noc będziesz uczestnikiem takich sytuacji.
Lucjan mocno zacisnął szczękę, a następnie z ogromną niepewnością odebrał pieniądze, chowając je go kieszeni.
Przesłuchiwanie i badanie nie trwało tak długo, jak powinno, najważniejszą osobą w całym tym przedstawieniu był James, który wywęszył w tej sytuacji możliwość pozbycia się syna z domu. Fakt, że zawsze faworyzował Felixa, starszego syna, nigdy nie był specjalnie ukrywany. Mieli do czynienia z szybkim, jednostronnym procesem, który dyktowany był przez jednego, okrutnego człowieka.
Ians miał chaos w głowie, w tej sytuacji każde wyjście wydawało się złe i niekorzystne, dlatego korzystając z chwili wolności, kiedy uwaga wszystkich skupiła się na Jamesie, Lucjan wszedł do pokoju panicza - drugi raz w życiu bez wcześniejszego zapukania - by zobaczyć jak ten gorączkowo pakuje swoje rzeczy do walizki, ubrany już w nową koszule i spodnie.
- Co ty robisz? - szepnął Ians, przerażony wizją tego, że ktoś mógłby ich przyłapać. To z pewnością tylko dodałoby im problemów.
Leon Surre obrócił się do niego przez ramię, obdarowując go martwiczym spojrzeniem bławatkowych oczu.
- Spierdalamy stąd.
I choć działanie w pośpiechu, bez szczegółowego planu i rozpatrzenia różnych możliwych opcji było zupełnie nie w jego stylu, nie widział innego wyjścia. Był pewien jedynie tego, że nie puści Leona samego.
_______________
Hello, bonjour, cześć.
W moim rozplanowaniu Ironii zaszły pewne zmiany, dlatego tutaj spróbuję przybliżyć Wam to, co działo się w posiadłości Surre, jak i wydarzenia po spierdalańsku. Rozdziały będą raczej dość krótkie, pewnie pisane nieco inaczej niż moje normalne teksty - będę próbowała charakteryzować je na nieco chaotyczne wspomnienia, ale jeśli stwierdzicie, że wolicie formę bardziej rozwiniętą, to dajcie mi znać c: Mam nadzieję, że ten niedługi dodatek wyjaśni, lub uporządkuje pewne sprawy. Możecie też powiedzieć mi, czy wolicie, żebym jechała w miarę chronologicznie, czy pewien chaos wspomnień wam nie przeszkadza.
Buziaki!
ps. Popełniłam okropną gafę w 29 rozdziale Ironii, którą zaraz poprawię - Leon miał szesnaście, a nie czternaście lat.
ŞİMDİ OKUDUĞUN
Służąc panu Surre
Genel KurguNie było to ani tak łatwe, ani w połowie tak trudne, jak wszyscy zakładali. Dodatek do Ironii przekwitu, polecam czytać od 29 rozdziału Ironii.
