Prolog

8 0 0
                                        


Blond włosa dziewczynka biegała w wysokiej trawie, bawiąc się z drobnymi wróżkami. Skakała, chcąc chwycić je w drobne rączki, a one zwinnie przemykały między pulchnymi paluszkami, sypiąc za sobą skrzący się w słońcu pyłek. Całą polanę wypełniał dziecięcy śmiech i dźwięczny trzepot niewielkich skrzydełek.

Matka dziewczynki stała nieopodal. Kątem oka obserwowała psotnego elfa, kiedy wypełniała wiklinowy kosz soczystymi jagodami, kuszącymi prosto z krzewu. Chłodny, lepki sok oblepiał jej palce, barwiąc chwilowo skórę na błękitny kolor. Namárië zawsze uwielbiała ten moment. Czynność dla samej czynności, która kojarzyła jej się z beztroskimi latami dzieciństwa, kiedy to ona – w miejscu Estel, ganiała wróżki i wracała błyszcząca od pyłku. Przerwała na chwilę pracę i spojrzała z miłością na swoją córeczkę, która przystanęła między kwiatami. Mały elfik zerwał jeden z nich, zachwycony różowymi płatkami. Uniosła go do delikatnie zadartego noska i powąchała go. Co jednak, zamiast dalszych pisków zachwytu, spowodowało głośne kichnięcie.

Namárië roześmiała się ciepło, kiedy kłębuszki szarek pary opuściły nosek jej dziecka. Estel spojrzała na matkę wielkimi oczami, ocierając wielkie błękitne oczy, które zaszły łzami. Rudowłosa kobieta odłożyła koszyk i otarła niedbale dłonie o materiał lnianej sukienki.

„Chodź" zawołała dziewczynkę, wyciągając do niej ręce. Dziecko zachęcone wykonało pierwszy krok, jednak szelest rozlegający się między drzewami zwrócił jej uwagę. I nie tylko jej.

Kobieta również zerknęła zaniepokojona w tamtym kierunku. Kilkoma susami znalazła się przy swojej córce i porwała ją na ręce, by ukryć w swoich objęciach. Sielska atmosfera sprzed kilku chwil rozmyła się niczym poranna mgła, przegoniona przez słońce.

Naprzeciw niej stanął mężczyzna. Blond włosy w promieniach słońca jakby lśniły własnym blaskiem. Otulały smukłą, pociągłą twarz z wyraźnie podkreślonymi rysami. Połowa przystojnej twarzy mężczyzny była pokryta bliznami. Sięgały one oka, ukrywając naturalny stalowy odcień pod gęstą białą mgłą. Skóra wokół była napięta, jednocześnie naciągnięta i pomarszczona. Z wysokiej postaci była dostojność i siła, które skłaniały do bezwiednego ugięcia kolan i złożenia pokłonu. Namárië oparła się pokusie, cofając się o krok, jakby nowoprzybyły miał zrobić jej krzywdę. I tego właśnie się spodziewała. Odwróciła się bokiem do intruza, ukrywając przed nim istotę, którą ceniła najbardziej. Błękitne, chłodne spojrzenie omiotło polanę, zatrzymując się na jej sylwetce. Mężczyzna wykrzywił wargi w grymasie, który zarówno mógł oznaczać niezadowolenie, jak i rozbawienie. Mimo upływu lat wciąż nie potrafiła odczytywać jego emocji.

„Doszły mnie wieści, że ktoś okrada moje królestwo z jagód. Byłem ciekaw, kto mógł zachować się tak bezmyślnie." Głęboki głos wypełnił przestrzeń polany. Kąciki ust kobiety drgnęły, kiedy usiłowała powstrzymać śmiech. Już kiedyś słyszała podobne słowa, w bardzo podobnej sytuacji. Jednak wtedy nie ciągnęły się za nią obecne doświadczenia, które odbierały komizm całej sytuacji.

Mężczyzna przypatrywał jej się oczekująco, domagając się jakiejkolwiek reakcji. W pierwszej chwili nie dostrzegł malutkiej dziewczynki w jej objęciach. Wolnym krokiem okrążał łąkę, jednocześnie wywołując wrażenie, jakby stojąca na jej środku kobieta nie miała możliwości ucieczki. Skupiony był na własnych myślach, na uczuciach, które odżyły, a których był pewien, że od lat w nim nie istniały.

„Mogłem domyślić się, że to twoja sprawka." Nie sprawiał wrażenia jakby zależało mu, by kobieta go słuchała. Wiedział jednak, że to robi. Że spija każde słowo z jego warg, wyczekując aż zrobi coś, co zatrze całkiem panujący pozór spokoju. Przystanął w końcu. Chciał coś dodać, rzucić uszczypliwością, która zrani kobietę, ale słowa ugrzęzły mu w gardle. W końcu zauważył malutką dziewczynkę, wtuloną mocno w swoją mamę.

Dziecko wpatrywało się w niego ogromnymi, błękitnymi oczami, tak podobnych do jego własnych. Różniły je jedynie niewinność i ciepło, które promieniało od blondwłosego anioła.

Miliony myśli przemknęły przez jego głowę, żadna jednak nie dała uformować się w sensowne zdanie, potrafiące rozwiać mętlik.

Namárië zauważyła, co zwróciło uwagę mężczyzny i przezornie cofnęła się kolejny krok, gotowa bronić swojej pociechy. Nawet przed nim. Przed elfem, przed którym nigdy nie powinna jej ukrywać.

„Czy to jest..." Thranduil zaczął, wciąż niezdolny, by odnaleźć kolejne słowa, którymi mógłby wypełnić niewypowiedzianą rozterkę.

Rudowłosa kobieta skinęła jedynie głową, starając się rozluźnić. Nie potrafiła zrobić tego w pełni, wciąż rozżalona wydarzeniami ostatnich lat, które pchnęły ją do miejsca, w którym znajdowała się teraz. Spojrzała w dół na swoją córeczkę, kiedy ta zaczęła się wiercić zmęczona trwaniem w ograniczonej pozycji. Dziewczynka nie rozumiała sytuacji, nie rozumiała, dlaczego mama zachowuje się tak wobec tego pięknego mężczyzny, którego zapach kojarzył się z dobrem. Według malutkiej Estel pachniał trochę jak mama, ale inaczej.

„Tak. Jest Twoją córką." Namárië potwierdziła raz jeszcze. Nie dała rady dłużej utrzymywać swojego łobuza w ramionach i pozwoliła jej stanąć na ziemi. Wciąż trzymała malutką rączkę, nie pozwalając jej odejść od niej i podbiec do elfa, który niewątpliwie ją fascynował.  

You've reached the end of published parts.

⏰ Last updated: Nov 27, 2019 ⏰

Add this story to your Library to get notified about new parts!

W cieniu wilczej jagody.Stories to obsess over. Discover now