Część 01

41 6 10
                                        

Oślepiające światło, pstrykanie i krzyki zlewające się w jeden irytujący dźwięk. Właśnie to powitało mnie, kiedy tylko wróciłem do Miami. To samo żegnało mnie w Tokio.

Przysłoniłem oczy dłonią i pewnie wysiadłem z czarnego Bentleya Mulsanne. Poprawiłem marynarkę garnituru, który miałem na sobie, wzdychając cicho. Opuściłem dłoń i z kamienną twarzą ruszyłem do wejścia ogromnego, szklanego wieżowca, w którym mieściła się siedziba mojej firmy. A właściwie korporacji. Największej w całej Ameryce, o ile nie na całym świecie, nieskromnie mówiąc.

Dwóch postawnych mężczyzn, którzy byli moimi ochroniarzami szło kilka kroków ode mnie i odganiało natrętne paparazzi.

Ale dlaczego wybuchło to całe zamieszanie? Otóż właśnie wróciłem z Tokio, gdzie podpisałem kontrakt z drugą największą korporacją w Japonii i tym samym zarobiłem kolejne kilka milionów dolarów. Może i nie jest to najbardziej imponujące w tej całej historii. Ale na pewno interesujący jest fakt, że nawet nie skończyłem trzydziestki, a jestem najbardziej rozpoznawanym i znienawidzonym człowiekiem na Ziemi. Uniosłem lekko prawy kącik ust na tę myśl i przymknąłem oczy, stając przed windą. Wcisnąłem przycisk po jej lewej stronie i czekałem cierpliwie aż przyjedzie. W międzyczasie moi ochroniarze stanęli po moich bokach z twarzami, które nie wyrażały żadnych uczuć. Rozglądali się dookoła, a słuchawki w ich uszach wręcz błyszczały, kontrastując z bladą skórą mężczyzn.

Winda przyjechała i wyszło z niej kilka osób, głównie kobiet. Rzuciły mi przelotne spojrzenia przesiąknięte strachem i podziwem, po czym szybko oddaliły się do wyjścia z budynku. Mimowolnie strzeliłem palcami, a chrzęst kości odbił się niemal echem po prawie pustym holu. Skrzywiłem się i wszedłem do windy, czując na sobie spojrzenia ochroniarzy. Głupie odruchy. Robię tak za każdym razem, kiedy wsiadam do jakiejkolwiek windy lub po prostu kiedy jestem rozbawiony. Zostało mi to po szkole średniej. Zawsze koledzy przechwalali się, że tak potrafią. A mnie to po prostu weszło w nawyk, którego nie potrafię się pozbyć. Wielu ludzi krzywiło się za każdym razem jak to robiłem, ale zawsze to ignorowałem, bo po prostu nad tym nie panuję.

Mężczyźni weszli za mną do windy, a ja dotknąłem przycisku z numerem dwadzieścia sześć. Nie mam pojęcia jak miałbym się tam dostać bez windy, bo wchodzenie po schodach to koszmar. Przynajmniej dla tego blondyna i szatyna, którzy stoją po moich bokach. Może i mają wyrobione mięśnie, ale na pewno nie mają takiej kondycji jak ja. Sprawdzałem już kilkakrotnie.

***

Dojechaliśmy na odpowiednie piętro i wyszliśmy z windy. Najpierw blondyn, po nim ja, a na końcu szatyn. Kątem oka widziałem jak palce Josha idącego przede mną poruszają się. Zmarszczyłem brwi, ale nie oderwałem wzroku od drzwi znajdujących się na końcu korytarza. Jak zwykle na całym piętrze panowała idealna cisza. Nie było słychać szumu rozmów, dźwięku dzwoniącego telefonu ani kartek przekładanych z jednego rogu na drugi. Nie ma śmiechów, zapachu parzonej kawy. Nie ma niczego oprócz chłodu i ciszy dzwoniącej w uszach.

Byliśmy już w połowie korytarza, kiedy blondyn zwolnił i zrównał krok z mężczyzną idącym za mną. Normalnie musiałby iść cały czas przede mną, żeby w razie wypadku mnie ochronić, ale pod groźbą wyrzucenia z pracy udało mi się im wytłumaczyć, że potrafię sam sobie poradzić i mogę pierwszy wchodzić. Ojciec przeklinał mnie za to wiele razy, ale nie słuchałem go. Przynajmniej w tej sprawie.

Położyłem dłoń na klamce i nacisnąłem ją, ale w tym samym momencie ktoś otworzył drzwi z drugiej strony i dostałem nimi w twarz. Momentalnie puściłem klamkę i odsunąłem się do tyłu, łapiąc się za nos. Ból był silny, ale nie na tyle, żebym miał złamany nos. Zza drzwi wyłoniła się niska, ale zgrabna kobieta w czarnych szpilkach, ołówkowej spódniczce w tym samym kolorze i białej koszuli opinającej ciasno jej piersi i wąską talię. Jej czarne włosy były spięte w luźny kucyk, a na twarzy nie miała ani grama makijażu, za co ją podziwiałem. Rzadko widywałem kobiety, które pracując tutaj nie malowały się ani trochę.

— Panie Monroe! Nic panu nie jest? — Pisnęła przerażona. Pewnie myślała, że za ten wypadek może stracić pracę. I w sumie nie zdziwiłbym się, gdyby ojciec kazał mi ją zwolnić. Przez to, że staram się być mu posłuszny, kilka z moich bardzo dobrych sekretarek musiało poszukać nowej pracy. Trzasnęła drzwiami i podeszła do mnie, ignorując protesty moich ochroniarzy. Wyciągnęła ręce w moją stronę, ale zatrzymałem ją gestem dłoni.

— Nic się nie stało Cassandro — uspokoiłem ją i odsunąłem dłoń z twarzy. Zerknąłem na zegarek, a następnie na nią. — Nie powinnaś jechać do domu? Już dawno skończyłaś pracę.

— No... Tak. Właśnie miałam wychodzić, bo musiałam jeszcze coś zrobić, ale pech chciał, że akurat pan stał za drzwiami — uśmiechnęła się przepraszająco i założyła luźny kosmyk za ucho. Kiwnąłem głową i uniosłem lekko kącik ust. Prawdę mówiąc nie uśmiechałem się często, ale uniesienie kącika to dla Cassandry prawie jak najszerszy uśmiech. Można w sumie powiedzieć, że jesteśmy czymś na wzór znajomych. Czyli nie było między nami takiej sztywnej atmosfery jaka powinna być pomiędzy szefem a pracownikiem, ale jednak dzielił nas spory dystans.

— Nie wyglądasz jakbyś miała wychodzić — zlustrowałem ją wzrokiem. — Nie masz kurtki ani torebki, a do tego ręce ci się trzęsą. Pewnie znów wypiłaś za dużo kawy.

— Ręce mi się trzęsą, bo mnie pan wystraszył — burknęła spuszczając głowę. — I naprawdę chciałam już wracać. Tylko najpierw muszę uporządkować kilka rzeczy i...

— Nie ma mowy. Wracaj do domu i zacznij żyć wreszcie swoim życiem, a nie papierami — przerwałem jej ostro. Wzdrygnęła się lekko, ale pokiwała posłusznie głową. Spojrzała na mnie i otworzyła usta, ale uniosłem dłoń na znak, żeby nawet nie próbowała tego mówić. — Nie przepraszaj. Nie wiedziałaś, że tam jestem. Znikaj już, bo każę im cię wyprowadzić — machnąłem ręką na mężczyzn, którzy byli gotowi ją stąd wynieść. Minąłem Cassandrę i wszedłem do pomieszczenia, w którym swoje stanowisko miała moja sekretarka. Rzuciłem okiem na stosy papierów porozrzucane na biurku i pokręciłem głową. Ona się przemęcza bardziej niż ja. Szybkim krokiem przemierzyłem dosyć przytulnie urządzone pomieszczenie i wszedłem do swojego biura, a ochroniarze zostali na zewnątrz.

Powitał mnie chłód i minimalizm. Na białych ścianach wisiało kilka oprawionych w ramki dyplomów sprzed kilku lat. Białe biurko mieściło się dokładnie pośrodku pomieszczenia, a wraz z nim stało skórzane, czarne krzesło biurowe. Czarna kanapa stała razem ze stolikiem o tym samym kolorze na prawo od wejścia. Podłoga była wyłożona idealnie czystymi płytkami. Oczywiście w kolorze białym i czarnym. Ogromne okno zajmujące jedną ze ścian ukazywało piękną panoramę Miami nocą. Wielu ludziom zapierało dech w piersi, kiedy to widzieli. Ale ja i tak wolałem patrzeć na to co rozciągało się ponad wieżowcami i ulicami ruchliwego miasta. Gwiazdy i księżyc to coś, co zawsze przypominało mi o tym, że kiedy byłem młodszy marzyłem o zostaniu astronautą. Wsunąłem dłonie do kieszeni eleganckich spodni i wpatrzyłem się w niebo.

***

Wzdrygnąłem się słysząc ciche pukanie do drzwi. Nie wiem ile tak stałem i myślałem o przeszłości, ale nogi mi ścierpły.

— Proszę — powiedziałem nieco zachrypniętym głosem. Ciemne drzwi skrzypnęły i do pomieszczenia weszła jakaś postać. Stałem tyłem do wejścia, więc nie wiedziałem kto to.

— Christopher? — Usłyszałem cichy kobiecy głos. Wydawał się być znajomy, ale nie wiem skąd go kojarzę. Odwróciłem się powoli i spojrzałem na nią. Może i bym się uśmiechnął, bo naprawdę kiedyś mi na niej zależało, ale... Nie przyszła sama.

Yellow CoatWhere stories live. Discover now