Rozdział I

51 5 4
                                        

[T.I]'s pov

          Biegałam po mieszkaniu jak oszalała, w poszukiwaniu przedmiotów potrzebnych do wyprawy na Mt. Ebott. Właściwie nie wiem po co to robię, podejmuję ryzyko śmierci tylko po to, by trafić do podziemia. Miejsca, w którym nie ma ludzi. Już jak o tym myślę, to przechodzą mnie ciarki!
    Spakowałam do plecaka butelkę z wodą, telefon, klucz w razie czego (chociaż tak czy owak nie będzie mi potrzebny), kilka kanapek, telefon i stwierdziłam że tyle rzeczy wystarczy. Wyskoczyłam oknem(mieszkałam na parterze) i ruszyłam w stronę góry leżącej przy moim miasteczku. Odgarnęłam moje [KW] włosy za ucho i wyjęłam jedną kanapkę z plecaczka. Akurat trafiła mi się z [czym tam chcesz, twój ulubiony dodatek czy coś]. Moja ulubiona, wspaniale! Ugryzłam kawałek i już po moim ciele przechodziły dreszcze. Kocham ten smak, jest przecudowny. Dotarłam już do parku, leżącego u podnóża góry. Teraz czeka nas wspinaczka! Jupii! Ruszyłam biegiem po żwirowej ścieżce prowadzącej na sam szczyt. W pewnym momencie, potknęłam się o kamień i wylądowałam twarzą w żwirku.

    Świetnie kuźwa, pewnie ryj se starłam pomyślałam i zaczęłam powoli wstawać. Najpierw podniosłam się na kolana, potem oparłam się ręką i wstałam. Pobiegłam dalej, nie patrząc wstecz. Po 20-minutowej wspinaczce, czego wspinaczką nazwać raczej nie mogę, jak już to maratonem biegu byłam na samej górze. Rozejrzałam się wokoło.

    Bożesz, ale tu pięknie, pomyślałam i analizowałam wzrokiem krajobraz. Słońce zachodziło za horyzont, przez co liczne maleńkie chmurki na niebie zmieniły kolor na waniliowy. Uśmiechnęłam się do siebie szeroko, po czym spojrzałam w tył. Zobaczyłam tam ogromną w trzy dupska dziurę. Patrzyłam wgłąb przerażonym wzrokiem.

      – He.. hehehehehe.. chyba to był zły pomysł.. może ja..? – próbowałam zawrócić, ale moja noga zaplątała się wokół korzenia. Potknęłam się o niego, przez co wleciałam do dziurska. Wnętrze góry wypełnił mój donośny w cholery trzy wrzask. Zaliczyłam glebę, wpadając twarzą w kępę złotych kwiatów. Cholera, ja mam alergię. Zaczęłam kichać, a z moich oczu zaczęły cieknąć łzy. Jasny gwint, no to się załatwiłam.

     – Apsik! M..muszę o..odejść- a..apsik!- od tych k..kwiatów.. t..teraz – wydukałam i szybko oddaliłam się od jaskrów na bezpieczną odległość. Prychanie nie ustawało, musiałam chwilę poczekać. Kiedy mój organizm się uspokoił, chciałam pójść dalej, lecz zatrzymał mnie czyiś głos

     – Cześć! Jestem-

//////////////

POLSAT
Jaka ja zła jestem 😈
Oki, myślę że rozdziały będą gdzieś takiej długości, ponieważ nie potrafię pisać bardzo długich rozdziałów. Narazie około 400 słów myślę, że powinno wystarczyć uwu

Podoba wam się narazie ??
Wiemwiem, nikt nie czyta i te sprawy ale chętnie poczekam na czytelników :>

a i tak ps
Aurora_The_Human nareszcie ruszylam dupsko i coś napisałam
pochwal mnie XDD

okay, bayo
~ Klara <33

You've reached the end of published parts.

⏰ Last updated: Feb 24, 2019 ⏰

Add this story to your Library to get notified about new parts!

Clarity // Sans × Reader ✍Where stories live. Discover now