Co ja ludziom zrobiłem? Czemu zawsze mają do mnie jakiś problem? No, co jest ze mną nie tak?! Przecież jestem tylko człowiekiem ...!
Dziwne spojrzenia, posyłane w moją stronę pojawiały się od kiedy tylko sięgam pamięcią. Ot, ciche pomrukiwania, szepty i gwizdy, gdy przechodziłem obok. Nie przeszkadzałoby mi to - jestem twardym facetem - gdyby nie to, że... Kiedyś tak zachowywały się w stosunku do mnie obce osoby, a teraz...!
Z powodu naiwności spieprzyłem Wigilię. Spieprzyłem ją sobie, spieprzyłem ją innym. Chyba każdemu, komu się dało. W tym Jemu. I to mnie boli najbardziej. Ja tam jestem przyzwyczajony do braku akceptacji : w rodzinie, czy wśród współpracowników. Myślę, że moi rodzice, też przywykli do posiadania czarnej owcy pod swoim dachem. Nie, im stanowczo nie zrobiło to różnicy, że ośmieszyłem się na forum rodzinnym. Przecież i tak dla nich zawsze byłem zerem. Nie... To Jemu sprawiłem prawdziwą przykrość, bo to właśnie on liczył na zrozumienie.
Spotykamy się już od roku i ... chcieliśmy, no wiecie.. Zapoznać się wzajemnie ze swoimi rodzicami, ogłosić to i owo. I żyć, jak każda inna para.
Ale oczywiście, nie było nam to dane. Z perspektywy czasy, myślę, że popełniliśmy błąd, nie uprzedzając nikogo o naszych zapatrywaniach. No, ale cóż, jesteśmy młodzi i chyba jeszcze nieco roztrzepani... Moi rodzice na pewno spodziewali się, że niewiele osiągnę w życiu i że "porażka" będzie moim drugim imieniem... Ale AŻ takiej porażki to się nie spodziewali. To cytat. Słowa wypowiedziane przez moja mamę. Przy wigilijnym stole. Później swoje trzy grosze dołożył ojciec, stwierdzając, że "on pedałów nie chce widzieć pod swoim dachem !". No, i zaczął się jazgot: babci, która niby ledwo mówi, a do sporów pierwsza ("Ja też nie", "Kiedyś tego nie było, poprzewracało im się od europejskiego dobrobytu!"), wujka ("Dobrze gadacie, na co komu homosie...?), ciotki ( "Dobrze, że się nie rozmnażają! Dopiero by było!"). Jedyną osobą, która się wtedy nie odezwała, była moja siostra - z założoną rurką tracheotomijną...
Taa...Coś mnie ukłuło. Był to szok, wymalowany na Jego twarzy. Cóż, Jego rodzice jakoś to przełknęli i nie mieli z tym większych oporów. Myśleliśmy, że z moimi będzie podobnie.
Nie, nie żałuję, że mnie zwyzywali. Że mnie wydziedziczyli. I tak by to zrobili, prędzej czy później. Nawet nie było mi aż tak bardzo przykro. Nie...Żałuję, że On to widział. Że On sam został obrażony - chyba nawet bardziej ode mnie. Że chciał poznać moją rodzinę i żyć z nią w zgodzie. Że się rozczarował. I to solidnie.
Co my im zrobiliśmy? Hm... żyjemy w szczęśliwym związku. Prawie nigdy się nie kłócimy. Mamy wspólne pasje i zamiłowania. Kochamy się, wspieramy się wzajemnie w trudnych chwilach, szanujemy się.
Żyjemy zgodni z naszą naturą. Od zawsze tacy byliśmy, tego nie zmienimy. Ale chyba możemy zmienić podejście innych, prawda?
Wiem, trochę to zajmie. Czasu, wysiłku i nerwów, może nawet zdrowia. Ale chyba warto, nie ? Dla bliskich, dla siebie samego i dla swojej drugiej połówki ... Tak, chyba dobrze by było zawalczyć o swoje szczęście, spokój i zrozumienie bliskich. Chyba. Tak myślę...
YOU ARE READING
Inny
Teen FictionNiezrozumiany, bo kochający. No własnie, kocha. Sęk w tym, że troszeczkę inaczej niż większość.
