Uda Alexandra zawsze były pełne blizn. Nie blizn po kulach lub cięciach wrogiego ostrza, o jakich nie problem było w armii. Blizny na bladej skórze Alexandra były pozostałością po ranach zadanych w różnych odstępach czasowych, ale z tą samą siłą, zachowane były między nimi te same odstępy i zadała je zdecydowanie ta sama ręka. Nie było w tych bliznach ani krzty tego, co John nazywał obrzydlistwem przemocy. Obrzydlistwo przemocy było w krwi na mundurach i ciałach pozostałych na polu bitwy, ale nie było go na absurdalnie pięknym i zniewieściałym ciele Alexandra.
Kiedy pierwszy raz zapytał o blizny, nie otrzymał odpowiedzi. Nie był jednak zawiedziony ani zaparty, by jednak ją wyciągnąć. Wolał, gdy spomiędzy różowych warg jego chłopca za jego sprawą wydobywają się te słodkie jęki, które wtedy wypełniały cały pokój. John pomyślał, że ktoś może ich usłyszeć, ale to nie miało znaczenia. Dalej całował blade uda, ignorując szorstkość blizn na miękkiej skórze.
Drugi raz zapytał tego samego dnia i tym razem nie uzyskał odpowiedzi z innego powodu. Nie byli już wtedy otoczeni przytulnym płaszczem mroku nocy w przydzielonym im pokoju, ale znajdowali się w gabinecie członków sztabu generała, gdzie jako jedyni zostali w porze obiadu. Alexander dla pracy, John dla Alexandra. Wówczas, gdy zapytał, niebieskofioletowe oczy napotkały go niemal ze złością, krzycząc bez słów, żeby nie przeszkadzał, że posiadacz tych pięknych i pozornie łagodnych oczu skupia się na rzeczach ważniejszych niż blizny na udach.
John nie potrafił. Długo nie potrafił przestać myśleć o wściekłe lub blado czerwonych kreskach na ciele jego kochanka. Utworzył wiele scenariuszy, w jaki sposób Alexander mógł je zdobyć — mógł zostać zraniony lub porwany, lub torturowany, ale dlaczego i jak ktoś mógłby skrzywdzić tak bestialsko Alexandra tuż pod okiem George'a Washingtona, który do swojego najmłodszego adiutanta zapałał silnym, ojcowskim uczuciem i nie wahałby się skazać śmiałka, który odważyłby się zranić ich małego lwa, na szubienicę.
Gdy trzeci raz Laurens zapytał, Alexander się roześmiał.
— Naprawdę cię do dręczy, drogi Laurensie — bardziej stwierdził niż spytał, ale John i tak odpowiedział twierdząco. Alexander, stojąc już bez górnej warstwy ubrań, pozbawił się szybko spodni wraz z bielizną i będąc już całkiem nagim złożył ubrania bez krzty wstydu. Z czułością Laurens pomyślał, że nie miał się czego wstydzić, bo ciało Hamiltona wyglądało niczym ożywiony grecki pomnik Apollina lub bóstwa równie jeśli nie bardziej pięknego, które tych blizn potrzebować mogło tylko do ujarzmienia ich boskiego piękna, aby to nie rozniosło śmiertelnego świata w pył.
Następnie Alexander ruszył w jego stronę, na co John przełknął gulę w gardle, rosnącą wraz z jego męskością, która nie mogła pozostać obojętna na tak piękne ciało zmniejszające dzielącą ich odległość.
Drobniejsza dłoń Alexandra pokierowała palce Johna na najwyższą cześć jego lewego uda, gdzie dotąd Laurens nie widział blizn. A jednak tam były. Blade, niemal niewidoczne.
— Te — powiedział cichym, aksamitnym głosem Alexander — kazano mi zrobić, gdy miałem piętnaście lat. Podniosłem głos na mojego najemcę — wyjaśnił, a John poczuł, że drży.
— Ktoś cię zmusił, abyś się zranił? — zapytał tępo, bezwiednie pieszczące palcami blizny. Alexander zdawał się go nie słyszeć. Skierował jego palce niżej na lepiej widoczne blizny.
— Te zrobiłem sam, gdy obraziłem wykładowcę. Zabronił mi przychodzić na swoje zajęcia, byłem niewymiernie wściekły.
John zapomniał jak się oddycha.
— Zrobiłeś sam? — powtórzył na jednym tchu. — Chcąc się wyżyć?
— Ukarać — poprawił Alexander. — Tak mnie nauczono, gdy byłem dzieckiem.
John wstał i spojrzał na Hamiltona tym razem z góry. W jednej chwili przyciągnął nagie i kruche ciało kochanka do siebie, czując obowiązek chronienia go przed całym światem.
— Alexander — wyszeptał z ustami przy lokach kochanka. — Już nie musisz, mój piękny chłopcze. Nie musisz. Nie musisz się karać, nie musisz się ranić. Tych ludzi, którzy cię do tego zmuszali, już nie ma.
Odpowiedział mu szczery, perlisty śmiech Hamiltona.
— Ależ ja to wiem — zapewnił go z wesołą nutą. — Ale jak inaczej mam się nauczyć?
YOU ARE READING
Zbyt blisko słońca
Historical FictionHistoria blizn Alexandra Hamiltona. Tw: samookaleczenie, wspomniane znęcanie się.
