W końcu znalazłem. Uwierzyłem w opowieść człowieka, którego wiarygodność opierałem na solidnych podstawach. Miał wiele do stracenia. Mimo wysokiej pozycji społecznej, narażając się na drwiny, ogłosił, że stworzył technologie umożliwiającą kontakt z zaświatami. Założył instytut.

        The Milwaukee Institute. Program: Otwarcie bramy. Sesja pierwsza.

        Połóż się wygodnie, zamknij oczy i sprawdź, czy słuchawki są poprawnie założone. Niekoniecznie w takiej kolejności, ale grzebanie we własnej głowie, wymaga zachowania pewnych zasad bezpieczeństwa. Ogólny schemat działania, technologii dudnień różnicowych, opiera się o naprzemienny dźwięk o określonej amplitudzie, który wywołuje aktywność fal mózgowych, mającą za zadanie, synchronizować połączenie między półkulami. Reszta nagrania to głos lektora, który jak terapeuta, posługując się hipnozą, prowadzi nas za rączkę po zakamarkach umysłu. To dosyć ważne, ponieważ zachowanie równowagi, wpływa na wypracowanie innego sposobu myślenia. Nie bądźmy pół mózgami. Nazwałem to odmiennym spojrzeniem, a o konsekwencjach zmiany w postrzeganiu, miałem dowiedzieć się znacznie później.

        Szło topornie, ale do przodu. Co prawda zaangażowanie zmalało, aczkolwiek lubiłem relaksować się przy dźwiękach muzyki, opartych o technologie dudnień różnicowych. Wtedy, wczesnym wieczorem, słuchając nagrania, odpłynąłem. Uleciała świadomość, a gdy powróciła, nie mogłem się ruszyć. Byłem sparaliżowany, a po powierzchni mojego mózgu wesoło tańczyły, rytmicznie trzaskające elektryczne impulsy, ale mi nie było do śmiechu. Poczułem szarpnięcie, jakby ktoś złapał mnie za kark i pociągnął. Spadałem z ogromną prędkością, przerażony w kompletnej ciemności, kręcąc bączki, piruety i wirując wokół własnej osi. Błędnik oszalał, a ściśnięty brzuch podszedł mi niemal do gardła. Co tu dużo gadać, jeszcze nigdy tak się nie bałem, a najbardziej ze wszystkiego przerażała mnie niemoc. Wróciłem. Paraliż ustąpił, czucie rozlało się gorącą falą po ciele. Osiągnąłem, co chciałem, ale nie tego oczekiwałem. Dałem sobie spokój.

        Nie wiedziałem, że gdy zaglądasz za kurtynę, oddzielająca świat żywych, od świata umarłych, to działa w obie strony.

        Lipcowy dzień. Słonecznie, zielono, rześko. Czwarta nad ranem. Obudziło mnie potworne pragnienie, więc poszedłem po wodę. Po powrocie, a nie było mnie zaledwie chwilę, coś się nie zgadzało. Ktoś spał w moim łóżku, co było niemożliwe, ponieważ mieszkałem sam, a nie przypominałem sobie, bym kogoś zapraszał. Tym kimś byłem ja. We własnej osobie. Jako że było nas wtedy dwóch naraz, dysonans uderzył mnie jak obuchem w głowę. Powróciły skurcze żołądka. Byłem pewny, że umarłem. Większość początkowych doświadczeń to głównie ataki paniki. Dziś już wiem, że ludzki umysł nie potrafi przyjąć pewnych rzeczy i reaguje strachem. Wtedy też szybko wróciłem. Po prostu obudziłem się w łóżku, a mój mózg wziął to za senną mare. Przynajmniej tak sobie tłumaczyłem, ale lawiny już nie dało się powstrzymać.

        Systematyczność, konsekwencja, jasno obrany cel, pomnożone przez czas dają wynik w postaci sukcesu. Zgodnie ze wzorem, trochę potrwało, ale udało mi się nauczyć kontroli. Świat mojego umysłu. Pamiętam pierwszy raz, gdy skoczyłem na dach garażu, a później odbiłem się i poleciałem. Jak ptak albo samolot. Wolność, jaką daje latanie, jest nie do opisania, tak jak nie da się wyjaśnić, tych wszystkich możliwości, jakie daje świadome śnienie. Wtedy nie wiedziałem, że nikt z nas nie ma czasu do stracenia. Świat snu to była świetna zabawa i nie różnił się niczym od jawy, a przynajmniej nie dla mojego układu nerwowego. Czułem dotyk, zapachy, mogłem jeść i karmić zmysł wzroku, zwiedzać i oglądać cuda ziemskiego padołu. Zrobić te wszystkie rzeczy, których nie mogłem za dnia. Czasem, podczas podróży, pojawiały się zakłócenia, jakby ktoś na chwilę zmienił kanał w telewizorze. Otoczenie ciemniało, a świat pokrywała zielona poświata. Z pozoru nic szczególnego.

        Właśnie w takim upiornym klimacie, na ziemi umarłych, Marla wkroczyła w moje życie. To było podczas jednej z podróży. Spotkałem Ją po raz pierwszy. Olśniewająca kobieta. Smukła, wysoka, wprost nierealna. Miała piękne długie włosy koloru hebanu opadające zmysłowo na łabędzią szyję. Ubrana w długą jadeitową suknię. Była inna. Prawdziwa. Nie zachowywała się jak senne mary. Atrapy, twory umysłu, które można tworzyć i rządzić nimi do woli. Chciałem podejść, ale rozpłynęła się nagle, tylko po to, by pojawić się kilkadziesiąt metrów dalej. Bawiliśmy się w kotka i myszkę, aż znalazłem się w jakimś starym opuszczonym szpitalu. Wybite szyby, odrapana lamperia, brudne sale, korytarz, schody. Prosektorium skąpane w zielonkawej poświacie, wciąż przesycone zapachem śmierci. Uciekała. Na cmentarz niedaleko. Szmaragdowe oświetlenie już nie zniknęło. Widmowy klimat. Kobieta stała na wzgórzu, pod drzewem, wpatrując się w nagrobek. Podszedłem. Podniosła głowę.

        – Długo cię szukałam Varadzie – powiedziała.

        Tak. To wtedy się zaczęło.

Władcy EmocjiPrzystań dla opowiadań. Odkryj teraz