Rozdział pierwszy

50 3 3
                                                  


          Pewnych rzeczy się nie zapomina, tak było z naszym pierwszym spotkaniem. Marla milczała, a mnie po prostu zatkało. Przyłożyła ciepłą dłoń do mojego policzka, tu trochę brakuje języka, ponieważ doświadczyłem najsilniejszej emocji w życiu, tak jakby ta cała tęsknota, zew wolności, ukryty głęboko w człowieku nagle odnalazł ujście. Przesyciło mnie wspaniałe uczucie, jakbym znalazł swoje miejsce na świecie, przez mgnienie oka wiedziałem, czym jest istnienie. Znalazłem miłość.

          Potem się obudziłem.

          Właśnie tak wtargnęła w moje życie, po czym miesiąc jej nie widziałem.

          Pamiętam ten dzień, świat przygnieciony ciemnymi chmurami, z których sączył się deszcz, miarowo uderzając o parapet. Byłem przygnębiony. Dużo rozmyślałem. O reinkarnacji, wędrówce dusz, miłości ponad grób i innych romantycznych dyrdymałach. Niestety, analityczny umysł nie sprzyja kontemplacji. Wszystko przez matematykę. Zacznijmy od początku. Reinkarnacja w wydaniu popkulturowym to chwytliwa teoria, niemająca co prawda nic wspólnego z buddyjskim oryginałem, którego podstawą jest stwierdzenie, że nie ma nic stałego. Gwoli ścisłości ludzie nie wiedzą, w co wierzą, dobrym przykładem jest rodzimy absurd z potrzebą zapewnienia życia wiecznego nieśmiertelnej duszy, ale to mam nadzieję, nie wymaga tłumaczenia. Do rzeczy, wersję popularną nazwałem karmą Coca-coli. Idealny produkt stworzony na potrzeby poprawiania nastroju daje takie przyjemne uczucie z tyłu głowy, że mamy czas, tysiące szans, wiele żywotów. Dzięki temu łatwo odłożyć ważne sprawy na później. Wystarczy jednak policzyć, w ciągu ostatnich czterdziestu lat, liczba ludności na świecie uległa podwojeniu, więc jeśli przyjąć dogmat o jednej wiecznej duszy, to prawdopodobieństwo, że jesteś tu pierwszy raz, wynosi jeden do dwóch, że drugi już jeden do sześciu, a dalej wzrasta wykładniczo. Wniosek. Wszystkie wcielenia Kleopatry, Napoleona, czy Juliusza Cezara, wracają do domu bez klamek. Jak już wspominałem, matematyka nie kłamie. Sprawdźmy więc możliwości: Połowa z nas jest na ziemi nowicjuszami albo nie tak łatwo wrócić, albo się nie wraca. Postanowiłem dowiedzieć się prawdy, tu muszę przyznać, logika trochę kuleje, ponieważ bazowałem na wierzeniu, że przetrwam śmierć ciała. Cóż w pojedynku racjonalizm kontra intuicja do przerwy zero - jeden.

          Od nadmiaru rozważań albo z powodu zmiany ciśnienia, w końcu wieczorem rozbolała mnie głowa. Zmogło mnie wcześnie, więc wstałem o świcie. Czwarta osiemnaście, wiem, bo sprawdzałem na zegarku. Niebo za oknem zwiastowało dzień pełny słońca. Za rano by się podnosić, przymknąłem więc oczy.

          Usłyszałem miękki kobiecy głos.

          - Wstawaj, nie ma czasu do stracenia!

          Nie przestraszyłem się ani trochę, kontrolę opanowałem wcześniej. Nie ma szans na świadome śnienie, jeśli nie potrafisz utrzymać emocji na wodzy. Wszystkie skoki ciśnienia, nagłe przypływy strachu, kończą się wybudzeniem.

          Na skraju łóżka siedziała filigranowa blondynka, wpatrując się we mnie najbardziej błękitnymi oczami, jakie dotąd widziałem. Koloru ciepłego morza. Przede mną kobieta mojego życia, a ja taki w rozsypce, poczochrany w barłogu. Ubrana w nieskazitelnie białą zwiewną sukienkę. Na szyi miała łańcuszek ze złotej plecionki, zwieńczony rażącym w oczy jadeitowym wisiorkiem. Wiedziałem, że to Ona. Nieznajoma z cmentarza. To trudno uzasadnić, ale przeczucie graniczyło z pewnością.

          - Dlaczego wyglądasz inaczej niż wcześniej? - zapytałem zaspanym głosem.

          - Zmiana wyglądu jest łatwiejsza niż zmiana koloru włosów w twoim świecie - odpowiedziała. - Zresztą, podobno faceci wolą blondynki.

Władcy EmocjiPrzystań dla opowiadań. Odkryj teraz