Wiosna na dobre rozgościła się na Łące. Skowronki unosiły się ponad trawami, zwiastując całkowity koniec zimy, motyle coraz śmielej panoszyły się na wielobarwnych kwiatostanach, pszczoły uzupełniały nadszarpnięte przez ostatnie miesiące zapasy, a leśne zwierzęta opuszczały swoje wygodne i ciepłe kryjówki. Okolica tętniła życiem.
W małym domku, ukrytym między wysokimi liśćmi łopianu, również panował rozgardiasz. Wszystkie szafki i półeczki były otwarte na oścież, a na podłodze leżała sterta rozmaitych przedmiotów. Elf krzątał się po pomieszczeniu mamrocząc coś do siebie.
- Co może mi się przydać, co jeszcze mógłbym ze sobą zabrać? – zastanawiał się, drapiąc się po głowie. Odkąd postanowił, że wyruszy do Miasta, jego myśli były zajęte tylko przygotowaniami do wyprawy. Chciał jeszcze raz porozmawiać z Biedronką; miał do niej mnóstwo pytań. Liczył, że mimo wszystko, uzyska na nie odpowiedzi. Nagle usłyszał ciche pukanie do drzwi.
- Otwarte! – krzyknął.
- Słyszałem, że postanowiłeś nas opuścić – kret Ambroży stanął na progu chatki i oparł się o ścianę. Przybycie tutaj, stanowiło dla niego nie lada wyzywanie. Był już stary, z trudem się poruszał, a słaby wzrok nie ułatwiał mu przemieszczania się po powierzchni. Lubił jednak małego Elfa i miał nadzieję, że uda mu się powstrzymać go przed zrealizowaniem jego zamiarów.
- Oh krecie Ambroży! – zdumiony Elf natychmiast podbiegł do niespodziewanego gościa i pomógł mu usiąść na niewielkim krzesełku stojącym przy oknie. – Co skłoniło cię do opuszczenia swoich podziemi? Powinieneś oszczędzać siły, nawet Łąka bywa czasem niebezpieczna.
- Biedronka powiedziała mi, że chcesz udać się do Miasta – Ambroży chwycił Elfa za jego małą rączkę i ciężko westchnął – czy to prawda?
- Tak – Elf przykucnął przy nim, aby ten mógł go lepiej słyszeć.
- Dlaczego tak bardzo ci na tym zależy? – Elf spuścił wzrok słysząc pytanie kreta. Wiedział, że ciężko będzie mu wyjaśnić swój punkt widzenia. Zwierzęta i owady nie rozumiały jego chęci odkrywania i poznawania świata. Dla nich ważne było tylko to, co tu i teraz. Kiedy rozmyślały nad przyszłością, to tylko i wyłącznie w kategoriach: czy będziemy miały co zjeść następnego dnia? Czy będziemy miały gdzie spać? Czy uda nam się przetrwać zimę? Nie miały żadnych marzeń, ich jedynym celem było przeżycie z dnia na dzień. Tym właśnie różniły się od Elfa, który zawsze chciał czegoś więcej. Nie wiedział jak ma wytłumaczyć to Ambrożemu, który przecież także był zwierzęciem. Był zły na Biedronkę, że opowiadała innym o jego planach. Zapadła krępująca cisza. Jedynym słyszalnym dźwiękiem były dochodzące z zewnątrz ptasie trele.
- Chciałbym cię o coś prosić.. – kret Ambroży podjął kolejną próbę rozmowy z siedzącym u jego stóp Elfem. – Jeśli nie chcesz zdradzić mi niczego o swojej podróży, to przynajmniej wysłuchaj tego, co mam ci do powiedzenia i obiecaj mi, że przemyślisz swoją decyzję jeszcze raz, dobrze? – Elf pokiwał głową. Nie miał przecież nic do stracenia. Kret zamyślił się na chwilę, a potem rozpoczął swoją opowieść.
To było gorące lato. Od kilkunastu dni nie padał deszcz i ziemia zamieniła się w twardą, suchą skorupę. Siedziałem w wykopanych przeze mnie korytarzach, zastanawiając się jak długo jeszcze mógłbym w nich pozostać. Kończyło mi się jedzenie; znajdujące się pod powierzchnią korzonki traw i kwiatów nie nadawały się już do spożycia - brak wody sprawił, że rozsypywały się na popiół. Ciężko było nawet o dżdżownicę czy karalucha. Jeszcze raz spróbowałem przebić się przez grubą warstwę ziemi. Niestety – nic z tego nie wyszło. „Jeśli mam umrzeć, to byle szybko” powiedziałem do siebie. Byłem wykończony. Straciłem nadzieję na to, że wkrótce zacznie padać. Zrezygnowany postanowiłem udać się na wschód. Mimo tragicznej sytuacji, nie chciałem całkowicie się poddać; moje krecie życie wydawało mi się całkiem przyjemne. Zjadłem wszystko, co miałem, aby nabrać sił. Było mi już wszystko jedno. I tak miałem zginąć – nieważne czy tutaj, czy kilkaset metrów dalej. Chciałem mieć tylko pewność, że zrobiłem wszystko, co mogłem, aby się uratować. Powoli ruszyłem przed siebie. Na całe szczęście mój zmysł orientacji wciąż działał bez zarzutu. Łapy bolały mnie niemiłosiernie, czułem suchość w pyszczku, raz po raz zatrzymywałem się aby odpocząć i złapać oddech. Nie pamiętam jak długo posuwałem się naprzód. W pewnym momencie zauważyłem, że ziemia po której idę staje się coraz bardziej błotnista. Nie była tak mokra jak ta, po długotrwałych ulewach, ale wyraźnie można było zauważyć, że w tej okolicy susza nie dawała jej się tak bardzo we znaki. Wstąpiła we mnie nadzieja; wytężyłem słuch i węch. Przystanąłem na moment i otworzyłem zmęczone, pokryte pyłem oczy. Nie rozpoznawałem miejsca, w którym się znalazłem. Nie przypominałem sobie, abym to ja był budowniczym tego korytarza. Czy to możliwe, że zawędrowałem aż tak daleko? Poczułem na nosie coś mokrego, podniosłem głowę... „A niech mnie…” wyszeptałem. Nade mną znajdował się ciemnopomarańczowy korzeń marchewki. Nie był zbyt duży, ale na pewno wystarczył aby zaspokoić mój głód. Bez chwili zastanowienia stanąłem na dwóch łapkach aby go dosięgnąć. Udało się. Nie był ani trochę wysuszony – wręcz przeciwnie – czułem jak woda z marchewki cieknie po moim futerku. Nie sądziłem, że kiedykolwiek tak bardzo ucieszę się na widok warzywa. „Warzywo…” pomyślałem i natychmiast wyplułem przeżuwane przeze mnie kawałki marchewki. Warzywa nie rosną dziko, warzywa są uprawiane; tam gdzie są warzywa muszą być i… Ludzie. Wiele razy słyszałem od innych kretów opowieści o Ludziach. Byli oni naszymi największymi wrogami. Robili wszystko co w ich mocy, aby się nas pozbyć. Nazywali nas szkodnikami, które swoimi kopcami niszczą okolicę i krajobraz, podczas gdy to oni wycinali drzewa, przekopywali wielkie połacie pól aby budować drogi z cieknącej, lepkiej mazi na którą mówili asfalt i wznosili wielkie, betonowe budowle. Tak… Ludzie budzili postrach wśród wszystkich znanych mi kretów. Przez moje tunele przewijało się mnóstwo uciekinierów z niedalekich ogródków działkowych, którzy chcieli znaleźć spokój i schronienie na Łące. Nigdy nie spotkałem Ludzi. Nie wiedziałem jak wyglądają, ani czy wszystkie opowieści o nich są prawdą. Teraz, przypatrując się marchewce, zacząłem rozmyślać nad tym, co kiedyś usłyszałem. Czy życie wśród Ludzi naprawdę było takie złe? Zacząłem kopać; chciałem zaczerpnąć powietrza, zobaczyć świat nade mną. Po kilkunastu minutach, wychyliłem się ostrożnie ze świeżego kopca ziemi. Odniosłem wrażenie, że znajduję się w całkiem innej rzeczywistości. Podczas gdy Łąka obumierała, tutaj wszystko miało kolor intensywnej zieleni. Gleba była przyjemnie wilgotna, a z niektórych roślin skapywały kropelki wody. „To chyba musi być jeden z ogródków, o którym mówiły inne krety” powiedziałem do siebie. Nie był ani trochę przerażający. Był przyjemny. A co najważniejsze, miał wszystko, co było mi potrzebne aby przetrwać. Schowałem się pod ziemię i zacząłem bić się z myślami. Mieszkałem na Łące odkąd pamiętałem, ale nagle przestała być dla mnie wystarczająco dobra. Pod wpływem impulsu zdecydowałem, że nie wracam.
Ambroży przerwał na chwilę. Z jego oczu zaczęły kapać łzy. Elf nie wiedział, co je wywołało. Wydawało mu się, że historia, którą opowiedział kret jest szczęśliwa. W końcu dzięki Ludziom uniknął śmierci. Poniekąd został przez nich uratowany.
- Dlaczego płaczesz? – zapytał. Ambroży spojrzał na Elfa swoimi niedowidzącymi oczami.
- Może wyda ci się to dziwne, ale tamtego dnia popełniłem największy błąd swojego życia. Podjąłem decyzję, skuszony tylko chwilową przyjemnością i wygodą. Podczas gdy na Łące brakowało podstawowych rzeczy, jak pożywienie czy woda, to świat Ludzi dawał mi je nawet w nadmiarze. W ogóle nie zastanawiałem nad konsekwencjami. Widząc dobrobyt, zapomniałem o ostrzeżeniu moich towarzyszy.. A Prawdziwy Świat wcale nie okazał się tak wspaniały jak na początku mi się wydawało. Tak naprawdę był okrutny – zło przykryte powłoką ze złota. Ludzie bardzo szybko zorientowali się, że mieszkam w ich ogrodzie i wcale nie byli zachwyceni tym faktem. Za wszelką cenę chcieli mnie zniszczyć. Przeszkadzałem im, mimo, że również byłem tylko stworzeniem, któremu ktoś kiedyś dał życie. Zmęczony ciągłą ucieczką i strachem przed zastawionymi na mnie pułapkami, wróciłem na Łąkę i nigdy nie byłem tak bardzo szczęśliwy jak wtedy, gdy położyłem się w swojej starej norce i po raz pierwszy od wielu dni spokojnie zasnąłem.
- A co to ma wspólnego z moją wyprawą? – Mały Elf nie do końca rozumiał, co chce przekazać mu kret.
- Chcesz udać się do Miasta ponieważ cię fascynuje. A dokładniej – fascynuje cię jego wygląd i tajemniczość. Biedronka wszystko mi opowiedziała.. – dodał Ambroży, kiedy zobaczył zdumioną minę Elfa – Jednak musisz pamiętać, że nie wszystko jest takie, jak nam się wydaje. To co piękne z zewnątrz, wcale nie musi mieć pięknego wnętrza. W pogoni za marzeniami porzucisz to, co w zupełności ci wystarcza. A co jeśli Miasto nie spełni twoich oczekiwań? Wtedy stracisz wszystko bezpowrotnie. Dopiero po latach dotarło do mnie, że trawa w ogrodzie wcale nie była bardziej zielona niż ta na Łące, a korzonki wcale nie były smaczniejsze. Chciałem po prostu iść na łatwiznę. Uciekając od chwilowych problemów, ściągnąłem sobie na głowę jeszcze większe.
- Niczego nie rozumiesz! – krzyknął Elf – Ja tylko chcę spełnić swoje marzenie! Może jestem naiwny i głupi i może nie mam pojęcia o Świecie i Ludziach, ale wiem co chcę osiągnąć i znam swój życiowy cel. I nikt mnie nie powstrzyma przed zrealizowaniem go! Mówisz, że mogę się rozczarować? Nie obchodzi mnie to. Będę szczęśliwy, że mi się udało, bez względu na konsekwencje. Nie potrzebuję dobrobytu, pełnego żołądka czy wygodnego miejsca do spania. Chciałbym tylko być w zgodzie ze sobą i swoim sercem. - Widzę, że nie uda mi się cię przekonać – kret z westchnieniem podniósł się z krzesła na którym siedział. Mogę tylko życzyć ci powodzenia i przykro mi, że już więcej się nie spotkamy.
- Na pewno się spotkamy – nagle Elfa ogarnęło dziwne uczucie pustki. – Wrócę tu jeszcze, obiecuję ci! – Ambroży spojrzał na Elfa, uśmiechnął się smutno i bez słowa wyszedł z chatki.
***
Późnym wieczorem, kiedy zapadł zmrok. Mały Elf stał przy murze, który oddzielał Łąkę od Rzeczywistości.
- To już czas.. – powiedział do siebie. „Jesteś pewien, że chcesz to zrobić?” zapytał cichy głosik w jego głowie. Elf zawahał się przez moment. Miał dwie możliwości: pozostać w swoim uporządkowanym świecie, do którego był przyzwyczajony i w którym wszystko było dla niego „w sam raz”, popaść w monotonię i rutynę i ciągle zastanawiać się „co by było gdyby?” lub rozpocząć przygodę swojego życia, która miała się okazać czymś najlepszym albo najgorszym, co kiedykolwiek go spotkało.
Po chwili zastanowienia podniósł z ziemi swój upleciony z traw plecaczek i przeskoczył przez mur, znikając w ciemności.
YOU ARE READING
Mały Wielki Świat
ActionMały Elf, odkąd pamięta, mieszka na swojej spokojnej, bezpiecznej Łące. Podczas jednego, ze swoich spacerów, zauważa na tle nieba dziwne, rozmazane kształty - Miasto. Oczarowany legendami o nim i o dziwnych istotach, które je zamieszkują - Ludziach...
