Rozdział I- "Smutna i samotna"

159 14 5
                                        

Reyna:

Reyna po raz kolejny obeszła wokoło swój pokój. Krążyła tak chyba już od ponad godziny, nerwowo stukając w posadzkę. Pamiętała tylko jeden dzień, w którym czuła się tak paskudnie jak dzisiaj. Gdy wreszcie po długiej rozłące spotkała Jasona i dowiedziała się o jego nowej dziewczynie- Piper. Wtedy jej pełne nadziei serce przytłoczyła wypełniająca gorycz porażki.

I tak czuła się również dziś. Dlaczego sama nie była pewna. Teraz po pokonaniu Gai wszystko się zmieniło, niby na lepsze. Reyna nie była sama, miała Franka, który przejął część jej obowiązków. Było jej lżej, na pewno,... a mimo to czuła się wyjątkowo wyczerpana.

Potknęła się o skrawek płaszcza. Wpadła na krzesło i jęknęła.

-Auć!- rozmasowała obolałą kostkę.

Zmieniło się jej całe życie. Nie była już tą dawną, silną Reyną, która umiała poradzić sobie ze wszystkim. Była słaba i łatwo ulegała trudnościom.

-Bellono!- wyszeptała dziewczyna, po czym ukryła twarz w dłoniach.- Gdzie moja siła?

Razem z ogólnym przemęczeniem szły także poważniejsze konsekwencje. Reyna nie mogła znaleźć w sobie nieprzeciętnej siły, daru od matki Bellony, a co gorsza nie mogła użyczać jej innym. Nie mówiła o tym nikomu, prócz Franka. Chłopak pocieszał ją jak mógł i przekonywał, że po prostu potrzebuje czasu, by zregenerować się po walce z Gają. Dziewczyna próbowała w to wierzyć, bezskutecznie. Reyna nie czuła tej siły w sobie! Ani odrobiny. Nie zdarzyło jej się to nigdy. I miała nadzieję, że nigdy się to nie powtórzy.

-Reyno?!- drzwi otworzyły się z głośnym trzaśnięciem.

Dziewczyna natychmiast wstała, lecz po chwili znów poczuła piekący ból w kostce i nieszczęśliwa usiadła na krześle.

-Prosiłam cię abyś pukał, Frank.

Tęgi chłopak podrapał się po głowie.

-Przepraszam, mam trochę wolnego czasu i chciałem porozmawiać.

Reyna westchnęła i wskazała ręką wolne krzesło naprzeciwko jej. Nie chciała po sobie tego pokazać, ale niezbyt cieszyła się z wizyty Franka. Owszem, bardzo go lubiła, ale osobiste problemy wolała rozwiązywać sama.

-Siadaj.

Chłopak wszedł do środka, zamknął drzwi i opadł na siedzenie. Reyna zlustrowała go wzrokiem. Wyglądał na wypoczętego, nie to co ona.

-O czym chciałeś porozmawiać?

Frank spojrzał na dziewczynę z troską.

-O tobie. Co się dzieje, Reyno? Coraz więcej czasu przesiadujesz w swoim pokoju. Nie uczestniczysz w zabawach, ani ćwiczeniach.- spojrzał jej głęboko w oczy.- Potrzebujemy pretorki, potrzebujemy ciebie, Reyna.

Dziewczyna odwróciła twardo wzrok.

-Mówiłam ci już Frank. Nie wiem co się dzieje.

-A siła od matki? Odzyskałaś ją?

-Nie.

Reyna wstała i pokuśtykała do regału z książkami. Zapatrzyła się w nie. Byle tylko nie patrzeć na Franka. Nie miał przecież pojęcia jak bardzo było jej ciężko. Kochała Obóz Jupiter. To był jej dom. Nie chciała, by myślał, że stroi sobie fochy.

-Uciekając nikomu nie pomożesz.- stwierdził Frank i podszedł do niej.- Rozwiążemy twój problem razem. Nie jesteś już sama.

Reyna chciała się obrócić, ale znów nadepnęła na zranioną kostkę i upadła na ziemię. Chłopak pomógł jej wstać. W jego oczach malowała się tak wielka troska, że dziewczyna miała ochotę się rozpłakać. Z trudem powstrzymała łzy.

-Mam nadzieję, że mi ufasz?- zapytał.

-Tak. Ufam.- odpowiedziała Reyna i wyswobodziła się z uścisku chłopaka.- Wiem, że chcesz mi pomóc, ale... czy zostawisz mnie samą? Muszę sobie coś przemyśleć.

Frank pomógł jej usiąść i ze zmartwioną miną wycofał się aż do drzwi.

-Gdybyś czegoś potrzebowała wołaj.

Ktoś nacisnął klamkę i wparował do pomieszczenia. Dziewczyna z kręconymi, cynamonowymi włosami wystającymi z hełmu.

-Hazel!- zawołał Frank i objął dziewczynę.

Ta pocałowała go w usta i rozpromieniła się. Za to Reyna schowała się w kąt. Za każdym razem gdy widziała szczęśliwą, zakochaną parę robiło jej się smutno. Przypominało jej to o jednej osobie, o której myślała bez przerwy. Choć wiedziała, że się tylko zadręcza, Reyna tak bardzo chciała się z nim spotkać. Albo nawet porozmawiać! Jej serce znów przepełnił ból taki sam, a może jeszcze większy, jak gdy straciła Jasona. Dziewczyna nie chciała zaślepiać oczu złudną nadzieją. W końcu Afrodyta powiedziała jasno i wyraźnie, że nie będzie to żaden heros.

Reyna przytuliła się do ściany. Chciała zniknąć, po prostu rozpłynąć się, byle nie oglądać całujących się Hazel i Franka. To było takie dołujące.

Frank najwidoczniej zauważył zmieszaną minę Reyny i delikatnie odsunął od siebie Hazel.

-Pójdziemy już. Do zobaczenia, Reyno.

-Nie! Poczekaj Frank!- zawołała Hazel i podeszła do pretorki.- Martwimy się o ciebie.

Reynie zabrzęczało w uszach. Lubiła tę ciemnoskórą dziewczynę, jednak teraz nie miała ochoty na żadną litość. Chciała zostać sama.

-Dziękuję.- Reyna zdobyła się na dawną wyniosłość.- Naprawdę nic mi nie jest, a teraz proszę o powrócenie do swoich pokoi.

-Ale...

-To rozkaz. Wykonać!

-Tak jest.- Frank i Hazel westchnęli, po czym opuścili pomieszczenie.

Reyna odetchnęła głęboko i usiadła na łóżku. Jedyne o czym marzyła teraz to zapomnieć. Zapomnieć o wszystkich smutkach i trudnościach. Wpatrzyła się w swoje kolana.

-A mówiłam.- szepnęła do siebie.- Koniec z tymi głupimi zauroczeniami.- uderzyła się pięścią w rękę.

Ale w jej pamięci jak widmo wciąż powracały te same wspomnienia. Czarne włosy, blada skóra i ten uroczy uśmiech... i wtedy jej usta same układały się w jedno słowo: Nico.

Wciąż myśląc tylko o nim, Reyna podkurczyła nogi i odpłynęła w niespokojny sen.

Hej, kochani! Ostatnio naszła mnie wena na Reynico. Pierwszy rozdział to miała być tylko taka przystawka... i mam nadzieję, że zachęciłam was do przeczytania kolejnych rozdziałów. Całusy!

REYNICO- Czasem warto walczyć...Historias para obsesionarse. Descúbrelo ahora