Rozdział 1

4.1K 215 36
                                        

_________
Przepraszam, jeśli akapity pojawiły się tam, gdzie nie trzeba lub jakieś słowa się złączyły. Wattpad lubi płatać filge.

Przebiegam przez kolejną kałużę. Było ich już tyle, że moje wyświechtane trampki chlupią przy każdym kroku. „Jak w takim stanie mam obsługiwać klientów?" - jęczę w myślach. Może poproszę Grace, aby zamieniła się ze mną i to ja dzisiaj potowarzyszę szefowi za ladą? Pomysł wydaje się być genialny, ale przepadną mi napiwki, które od czasu do czasu wpływają do mojej kieszeni, za wymuszone, ale na szczęście wiarygodne uśmiechy rzucane klientom. Trudno. Ciepłe buty będą musiały jeszcze trochę poczekać. Mam tylko nadzieję, że do tego czasu nie odmarzną mi stopy. 

Wbiegam za budynek z czerwonej cegły. Zatrzymuję się na kilka chwil by złapać oddech. Mam gdzieś to, że moknę na deszczu i tak nie ma na mnie suchej nitki. Dysząc i sapiąc ze zmęczenia podchodzę do dwóch ciemno zielonych schodków; przeskakuję je i mocnym szarpnięciem otwieram tego samego koloru metalowe drzwi. Głośne skrzypnięcie ogłasza wszem i wobec, że właśnie przyszedłem do pracy. Nie wiem, który to już raz, ale muszę powiedzieć szefowi, aby coś z tym zrobił. Szlag człowieka trafia, szczególnie, gdy owe skrzypnięcie czasem można usłyszeć na sali. Szczęście w nieszczęściu, że stali klienci zdążyli się przyzwyczaić i nie zwracają na to uwagi. Jedynie nieliczni na krótką chwilę przerywają rozmowę lub unoszą wzrok znad książki czy gazety.
Przechodzę przez wąski korytarzyk. Cały lokal przesiąknięty jest zapachem kawy i ciasta. Z każdym moim krokiem ta wyrazista mieszanka staje się intensywniejsza, a ja coraz bardziej głodny. Jeszcze kilka minut wśród takich aromatów, a zacznie burczeć mi w brzuchu jakbym głodził się od tygodnia. Co nie jest do końca kłamstwem. Wzdycham krótko i wzruszam ramionami. Kto wie, może w końcu najem się samym zapachem lub widokiem jedzenia. Bardzo by mi to ułatwiło życie.

Wchodzę do niewielkiego pomieszczenia z czterema metalowymi szafkami, drewnianą ławką i długą komodą, nad którą wisi lustro. Z małej kieszonki plecaka, z którego kapie woda, wyciągam kluczyk z czerwoną zawieszką. Otwieram pierwszą szafkę z brzegu, a na jej dno wrzucam mokry plecak. Z zamontowanej wewnątrz półki biorę ręcznik i wycieram nim sobie włosy. Teraz są niemalże proste i lepią mi się do czoła, jednak za pół godziny ponowne się zakręcą, tworząc blond gniazdo na mojej głowie. Gdyby nagle wyrzuciliby mnie z pracy w kawiarni, zawsze mogę robić za żywy dom dla ptaków, wmawiając ludziom, że to sztuka współczesna. W dzisiejszych czasach społeczeństwo zachwyca się tanim badziewiem, więc w mojej starej czapce na pewno znalazłyby się jakieś drobniaki. Jenak mimo wszystko wolę trzymać się mocno mojej pracy. Zostanie członkiem klubu „Patrz pan, tworzę sztukę. Rzuć drobniakiem" jest opcją awaryjną.
W ostatecznej ostateczności.

Odkładam ręcznik na miejsce, nie składając go już tak dokładnie, jak wcześniej. Ściągam z siebie przemoczone ubrania, wzdrygając się i krzywiąc za każdym razem, gdy mokry materiał odlepia się od mojej skóry. Ohydne uczucie. Szybko zakładam na siebie suche, czarne spodnie i białą koszulę. Lubię ten uniform, a to dlatego, że jest prosty i wygodny, a zarazem elegancki. Zero zbędnych ozdobnych pierdół, poza brązową plakietką z nazwą kawiarni i moim imieniem, przyczepionej do kieszonki koszuli. Schludnie i klasycznie tak, jak w naszej niewielkiej, ale przytulnej literackiej kawiarni.

Podchodzę do lustra, starając się ignorować chlupot moich trampek. Wiedziałem, że wyglądam źle, ale po zobaczeniu swojego odbicia, „źle" zamienia się na „fatalnie". Na głowie gości mi poplątane gniazdo, okalające szarą, szczupłą twarz. Wory pod oczami mam wielkie i ciemne, jakbym namalował je sobie węglem. Dzisiaj zdecydowanie przeznaczone jest dla mnie miejsce za ladą, abym nie straszył klientów. Wzdycham cicho i poprawiam przekrzywiony kołnierzyk. Wracam do szafki, aby wyjąć z niej czarny fartuch od pasa do kolan. Gdy jestem w trakcie zawiązywania pasków, do pomieszczenia wchodzi Amy. Rudowłosa, masywnej budowy dziewczyna, trzy lata starsza ode mnie.

Obce nieboMga kuwentong kahuhumalingan mo. Tumuklas ngayon