Postanowienia noworoczne. Każdy je ma. Jeden chce rzucić palenie, drugi chce wyruszyć w jakąś podróż, trzeci obiecuje że od pierwszego zaczyna chodzić na siłownie co oczywiście w większości się nie dzieje, a jeszcze inni postanawiają odnaleźć miłość swojego życia. No cóż...akurat w moim przypadku jest inaczej. Palić nie pale, od czasu do czasu podróżuje, na siłownie chodzę od 15 roku życia, a jeśli chodzi o miłość....to inna para kaloszy.
Można w sumie powiedzieć że osobę, którą obdarzyłem tym uczuciem to mam, tyle że on o tym nie wie. Tak, mówię tu o facecie *biedne dziewczyny które wyobrażały sobie że się z nimi zwiążę*, który na domiar złego..dla mnie...traktuje mnie jak swojego starszego brata. Kiedy pierwszy raz mi tak powiedział poczułem jakby mi serce pękało. W tamtym momencie zrozumiałem co ludzie mówili o tej "nieszczęśliwej" miłości. Okropne uczucie. Nie polecam.
Nie miałem jednak mu tego za złe. Biedaczysko od zawsze miał pod górkę a ja byłem jedynym, który był zawsze przy nim. Jak taki no dobry duszek, tylko że żywy. Zawsze mógł liczyć na każdą pomoc z mojej strony, nawet jeżeli o nią nie prosił. Nigdy mu nie odmawiałem. W sumie nie potrafiłem. Zawsze przypominał mi takie małe zwierzątko, którym trzeba się opiekować. Nawet gdy dorośliśmy tak uważałem. Wiedział o tym i to go denerwowało. Wyglądał wtedy tak uroczo...no, chyba trochę zboczyłem z tematu. Cóż, pora wrócić do głównego wątku.
Sylwester. Oczywiście cała nasza paczka była w tym czasie w klubie na zabawie. I w sumie zamiast bawić się wszyscy razem jak to moim zdaniem powinno być to każdy robił co innego. Lance oczywiście jak to miał w swoim zwyczaju podrywał każdą zauważoną pannę, Hunk tańczył ze swoją dziewczyną Shay, Pidge sprzeczała się z Mattem na temat jakiś nowinek technologicznych a Allura próbowała jakoś ich pogodzić, a ja z Keithem przyglądaliśmy się temu wszystkiemu. Mnie to trochę bawiło ale Keith...on nie był zbytnio zadowolony. Tak na prawdę to siłą go tu zaciągnęliśmy bo oczywiście nasz mały no-life nie chciał w ogóle nigdzie iść. Jak zawsze. Miałem nadzieję że jak już zabawa się rozkręci to sam też wpadnie w wir zabawy. Cóż...została już zaledwie godzina do północy a Keith nadal siedział na swoich szanownych czterech literach i popijał drinki. Ehh, czasem nie rozumiałem tego dzieciaka. Wszyscy się świetnie bawią a ten jeden siedzi tak jakby na ścięcie czekał. Ale w sumie za to go kochałem. Za to, że tak stroni od kontaktu z ludźmi, że trzyma się tylko tych "swoich", za to że jak coś postanowi to nie ma siły by go od tego odciągnąć, za ten jego on-life który mimo że dla reszty był często wkurzający to dla mnie był uroczy, za ten jego uśmiech ale nie ten, który pokazywał przy wszystkich ale ten który pokazywał tylko mi gdy tylko coś się mu udało *z niewielką pomocą* i okazywał radość z tego. Cech za które obdarzyłem go uczuciem jest zbyt wiele by je wszystkie od razu wymienić. No po prostu za dużo jest i tyle.
Już od dawna chciałem mu powiedzieć co czuje. To było moje postanowienie noworoczne...które ciągnęło się za mną już tyle czasu, że nie pamiętam od kiedy je mam. Ale za to wiem dlaczego do tej pory nic nie powiedziałem. Bałem się. Tak ja, ten Shiro który każdy spór, każdą bójkę nieważne jaką rozwiązuje w mig bez żadnych obaw czy czegoś, bał się wyznać uczucia drugiej osobie. To nie była zwykła osoba ale i tak. Bałem się że jak to zrobię, to się wystraszy i ucieknie, ucieknie i już nie będzie chciał mnie znać. To mnie najbardziej przekonywało w tym by nic mu nie mówić, ale mimo wszystko co roku w ten dzień próbowałem...bezskutecznie oczywiście.
Zostało już tylko parę minut do północy. Lance oczywiście wyciągnął wszystkich na zewnątrz by mogli podziwiać sztuczne ognie. Mimo tego, że był już dorosły to wciąż tliło się w nim dziecko, tak samo z resztą jak pozostałych członkach naszej paczki. Czasem mi się wydawała że tylko ja i Allura byliśmy tymi dorosłymi. Staliśmy niedaleko wejścia i czekaliśmy na zakończenie. Wszyscy byli podekscytowani. Oprócz jednej osoby. Keith stał w znacznej odległości od reszty i opierał się o ścianę budynku. Wyglądał tak jakby nie chciał mieć cokolwiek wspólnego z nami. W sumie każdy by tak pewnie wyglądał gdyby większość jego znajomych zachowywała się jak dzieci które po raz pierwszy dotrwały do północy. A tak własnie z zasadzie było. Nie licząc mnie, Allury i Keitha reszta była w znaczącym stopniu pobudzona. Może to przez atmosferę a może przez alkohol. Nie wiem.
Przystanąłem koło naszego małego czarnowłosego. Zrobiłem to w zasadzie bez żadnego konkretnego powodu ale wiedziałem że ucieszy się z tego. Takie drobne rzeczy cieszyło go najbardziej. To było dla mnie oczywistym. Staliśmy tak w milczeniu podczas gdy reszta już przygotowywała się do odliczania. Planowałem że tym razem spełnię swoje postanowienie i wyznam mu wszystko...mimo tego wiedziałem że tego nie zrobię, że stchórzę w ostatniej chwili. Zawsze tak było. Byłem zły na siebie za to. Tyle czasu już próbowałem ale nie wychodziło. Może...tak właśnie miało być? Mieliśmy na zawsze pozostać "braćmi". Usłyszałem że zaczęło się odliczanie, ale nie przejąłem się tym. Docierało własnie do mnie, że moje uczucia mogą nie zostać nigdy ujawnione. Nigdy nie mógłbym spędzać z nim czasu tak jak sobie to wyobrażałem. Nigdy nie mógłbym przytulic go w taki sposób w jaki nie przytula się brata. Z każdą sekundą docierało to do mnie coraz bardziej. Uderzało mnie to z potworną siłą. W końcu mógłbym się z tym pogodzić gdy...
Fajerwerki zaczęły pojawiać się na niebie. Rozpraszały ciemność którą była spowita pobliska okolica nie licząc neonów bijących ze znaku klubu. Rozjaśniały najciemniejsze miejsca. Rozjaśniły miejsce w którym stałem wraz z Keithem który....składał własnie pocałunek na moich ustach. Był to pocałunek tak delikatny że sądziłem że śnie. I gdyby nie huk który powodowały te sztuczne ognie, który mógłby mnie obudzić z tego domniemanego snu wciąż sądziłbym że właśnie śnie. Keith, chłopak który uważał mnie za brata...chłopak którego chciałem uważać za kogoś więcej niż brata właśnie w tej chwili mnie całował. Delikatnie ale jednak. Nie wiedziałem co począć. Stałem więc tak zszokowany aż czarnowłosy się nie odsunął i z delikatnym uśmiechem który tak uwielbiałem odparł:
- Najlepszego w nowym roku.
Nie miałem pojęcia co począć. Byłem tak zaskoczony tym zdarzeniem że przez następne kilka bądź kilkanaście sekund stałem jak osłupiały.No bo co miałem zrobić? Nigdy w życiu nie spodziewałbym się czegoś takiego. Przez głowę zaczęły przelatywać mi różne myśli. Na prawdę nie wiedziałem co ze zrobić w tej sytuacji, gdy nie zauważyłem zaniepokojonego wzroku Keitha. Miałem przeczucie że chyba żałował tego co zrobił, pewnie myślał że zrobił źle, że go odrzucę, że...powinien uciec. Te dwie ostatnie rzeczy nie spodobały mi się najbardziej. Zaraz przytuliłem go tak jak zawsze chciałem i sam pocałowałem. Tyle że ten pocałunek był pewniejszy niż ten przed chwilą. Był przepełniony uczuciem które skrywałem w sobie przez tyle lat. Dopiero po dobrej chwili odsunąłem się od niego. Był delikatnie zarumieniony, co dodało mu tylko uroku.
- Teraz już jest najlepszy.
Rzekłem uśmiechając się. Sam czarnowłosy wtulił się we mnie coś tam mamrotając pod nosem. Mógłbym się założyć że mówił coś o tym co powiedziałem przed chwilą, ale co mogłem poradzić że prawdę powiedziałem. Chłopak którego darzyłem uczuciem od lat sam przyznał się do swoich uczuć względem mnie, sprawiało to że początek tego nowego roku był najlepszym ze wszystkich możliwych. Teraz tak na prawdę pozostało mi jedno. Skoro po części moje postanowienie noworoczne zostało już spełnione, to jakie teraz powinienem sobie zarzuci? Cóż, na początek może...już nigdy nie wypuścić tego chłopaka z ramion? Tak, to jest odpowiednie postanowienie.
