Ciemno. Zimno, trochę mroczno. Klasyczne rozpoczęcie fatalnego horroru, pomyślałam w duchu, przełykając ciężko ślinę. Trzęsła mi się noga z nerwów, ale czekałam cierpliwie na dworcu, nie wychylając się za bardzo. Wiał zimny wiatr, którego skutki najbardziej odczuwałam na twarzy. Siedziałam sztywno, trochę wzmacniając uścisk, trzymając się kurczowo mojego telefonu, czekając na połączenie. Szybkie spojrzenie na zegarek... Dwudziesta druga trzydzieści dziewięć. Cudnie wprost. Na pewno wyśpię się jutro do szkoły. Już słyszę gadanie mojej mamy: "Wyglądasz jak zombie po przejściach". A ja wtedy odpowiem jak zwykle: "Po drodze były korki".
Lewo. Prawo. Nikogo nie ma. Tylko ja. W tym ciemnym zaułku, siedząc na ławce, z której schodzi już stara, zielona farba. Przewrócony śmietnik, z którego wysypała się pusta paczka zielonych Marlboro, chusteczki i sok witaminowy. Całą otoczkę podkreślał zapach stęchlizny. Połączenie idealne. Razem z moim depresyjnym humorem idealnie się uzupełniamy.
I co robię? Siedzę bezczynnie, czekając na kogoś, kto jak widać, ma ważniejsze sprawy ode mnie. Co powinnam już robić? Leżeć na łóżku, spać. Spać i jeszcze raz spać. Z mojego rozdrażnienia oderwał mnie przychodzący SMS. Jeśli znowu wygrałam Forda to przysięgam, rozniosę ten przystanek na części pierwsze.
Sonny: Gdzie jesteś cukiereczku? Rzucam Ci w okno kamieniami, a Ty co?!
Zaśmiałam się cicho, i pokręciłam głową. Jedyna osoba, która potrafi mnie obudzić z melancholijnego transu.
Ja: Na przystanku. Czekam na mamę.
Sonny to moja przyjaciółka, w sumie to odkąd pamiętam. Nie ma nikogo, kto mnie pociesza, rozwesela i kto zawsze daje się namówić na moje głupie pomysły, tak samo jak ona. I nigdy nie dzwoni do drzwi. Twierdzi, że to stresujące i woli rzucać kamieniami, ewentualnie w zimę szyszkami, w moje okno. Już raz je wybiła i płaciła ze swojego kieszonkowego za jego wymianę. Dalej pamiętam minę jej mamy, jak jej to wszystko tłumaczyła.
Ding ding. Znowu ona.
Sonny: Wracaj szybko! xoxo
Urocza Sonny. Jednak wcale się nie zapowiadało na mój szybki powrót, a wręcz przeciwnie. Westchnęłam cicho. Nic nie wskazuje na to, że w ogóle wrócę przed dwudziestą trzecią do domu, więc skupiłam się na tym, żeby iść już pieszo w tamtą stronę. Zajmie mi to jakieś pół godziny, ale bezczynne czekanie nic mi nie da.
Kroczyłam chodnikiem ze słuchawkami w uszach i rozbrzmiewającym moim ulubionym Arctic Monkeys. Dla niektórych odeszli już dla lamusa, ale dla mnie dalej mają w sobie "to coś". Zagapiłam się w swój telefon i nie skupiłam się za bardzo na drodze. Przeglądałam Instagrama, kiedy ktoś zatrąbił głośno. Aż podskoczyłam, kiedy dotarł do mnie ten dźwięk nawet przez słuchawki. Spojrzałam się na samochód, który przyprawił mnie o stan przedzawałowy.
Mama. Cóż za łaskawa wizyta.
Podbiegłam do samochodu i zręcznie wsiadłam do niego. Spojrzała się na mnie znacząco, kiedy zapinałam pasy.
- Czy ja czuję męskie perfumy? - zapytała wprost, a ja sarkastycznie się zaśmiałam.
- To na pewno profesor Ticket rzucił na mnie urok swoimi afrodyzjakami w postaci kanapki z pasztetem i wielkiego słoika majonezu - odezwałam się od razu, a mama ruszyła cicho się śmiejąc. Profesor Ticket to nauczyciel matematyki, z którym zawsze było coś nie tak. I to nie tylko z jego zachowaniem i wyglądem. Jego nauczaniu daleko było do ideału. Niestety, mam z nim zajęcia dodatkowe z matematyki. W każdy czwartek.
- Co tak późno? - rzuciłam niby na odchodne, a tak na prawdę miałam jej to za złe. Byłam ciekawa co tak bardzo ją zatrzymało w domu. Tym razem nie uwierzę, że pilnowała zapiekanki, bo jak mi tak pewnego razu powiedziała, to żadnej nie znalazłam. Jedyne co znalazłam to dwa spleśniałe pomidory i rozgotowany makaron.
