*29 czerwca 2010*
Nareszcie tydzień po moich urodzinach przeprowadziliśmy się do Atlanty. Pewnie inni dwunastolatkowie by byli wściekli, że ich rodzice zdecydowali zamieszkać w innym mieście. Ja zaś się cieszyłam. Od zawsze chciałam tu mieszać. Nie mam pojęcia dlaczego ale chciałam. Pod nasz dom przyjechaliśmy późnym popołudniem. Wyskoczyłam z auta i spojrzałam na duży biały dom z ogrodem. Był wspaniały! Tata widząc moją radość zaśmiał się i otworzył drzwi do domu a następnie wrócił do samochodu. Wbiegłam do środka rozglądając się. Podłoga była wyłożona ciemnymi panelami a ściany pokrywał kolor jasnego szarego. Meble były białe i ciemno brązowe. Wszystko się ładnie ze sobą komponowało. Weszłam po schodach na górę. Od razu skierowałam się do ciemno brązowych drzwi na lewo. Otworzyłam je a moim oczom ukazał się niebieski pokój Po prawej stronie drzwi znajdowało się białe biurko z zeszytami i przyborami do rysowania oraz czarnym laptopem. Przy oknie znajdowało się łóżko z jasno niebieską pościelą. Koło łóżka stała mała komoda a koło niej szafa z lustrem. W rogu pokoju znajdowała się gitara. Skakałam z radości. Uwielbiałam grać na gitarze. Zbiegłam na dół żeby pomóc rodzicom z bagażami. Zajęło nam to niecałe dwie godziny. Początek był wspaniały. Miałam nadzieję, że szybko znajdę tu przyjaciół.
-Jak ci się tu podoba kochanie?-zapytała mama.
-Tu jest wspaniale!-odpowiedziałam uśmiechając się.
-Cieszymy się. Obiecuję ci, że tutaj zaczniemy nowe lepsze życie-odezwał się tata.
Odpowiedziałam na to uśmiechem. Kochałam ich i wierzyłam im bezgranicznie. Nadszedł wieczór. Wykąpałam się i ubrałam koszulę nocną. Udałam się do salonu gdzie rodzice oglądali telewizję. Jak zwykle wieczorem były to wiadomości. Jednak te były dziwne. Prosili aby zachować ostrożność i nie kontaktować się z zarażonymi. Nie rozumiałam tego. Słuchałam ich przez chwilę i udałam się do pokoju. Byłam zmęczona podróżą i całym dzisiejszym dniem. Zasnęłam w krótkim czasie. Obudziłam się słysząc krzyk. Wystraszyłam się. Szybko jednak się uspokoiłam. Tata często puszczał horrory więc pomyślałam, że to tylko film. Ubrałam się i zeszłam na dół.
-Mamo-zaczęłam ale nie dokończyłam.
Ludzie zjadali moich rodziców. Krzyknęłam przerażona na widok krwi i flaków. Czy to byli ci zakażeni? Ale dlaczego zjadali ludzi?! Nie miałam wiele czasu na namysł. To coś oderwało się od moich rodziców i spojrzało na mnie. Potwór charczał i wstał. W nienaturalny sposób zbliżał się do mnie. Cofnęłam się ale potknęłam się o schodek i upadłam uderzając plecami o inne stopnie. Syknęłam z bólu ale szybko się podniosłam. Charczący stwór podążał do mnie i był coraz bliżej. Spadł jednak na schodach. Miałam chwilę więc pobiegłam do swojego pokoju gdzie się zamknęłam. Ludzie się dobijali do nich i prawie je wyważyły. Zaczęłam płakać. Nie miałam pojęcia co robić. Wzięłam coś ostrego. Otworzyłam szafę po czym do niej weszłam zamykając ją.
Do moich uszu dobiegł dźwięk upadających drzwi. Weszli do środka. Starałam się być cicho. Charakterystyczne charczenie było przy szafie. Łzy leciały wielkimi strumieniami. Zakryłam buzię rękami i wstrzymałam oddech. Modliłam się aby mnie nie usłyszeli. Odczekałam dwie minuty. Po tym czasie nic już nie słyszałam. Wzięłam ostry przedmiot jaki miałam pod ręką i powoli otworzyłam szafę. Stwór od razu się na mnie rzucił. Dalej był. Wystraszona wbiłam coś ostrego w jego serce. Dalej stał. Miałam teraz pewność, że to nie są ludzie tylko trupy. Ożywione. Żywe trupy zjadające ludzi. Wyjęłam broń z klatki martwego i z całej siły wbiłam w głowę. Nic się nie stało. Byłam za słaba. Spróbowałam jeszcze raz. Trafiłam w oczodół. Upadł. Teraz nie żył już na sto procent.
Zrobiłam to samo z dwoma innymi którzy przyszli. Trzęsłam się ze strachu. Moi rodzice nie żyli a przez okno słyszałam, że jest ich dużo więcej. Moje krzyki musiały ich przyciągać bo do pomieszczenia wpadli kolejny trzej. Martwi byli bardzo silny a ja jako dwunastolatka nie miałam jej tak jak oni. Z trudem pokonałam nowych. Zbiegłam na dół i zamknęłam drzwi. Udało mi się powstrzymać wejście kolejnych chodzących trupów. Szybko wzięłam plecak i zbiegłam do kuchni po coś do jedzenia i picia. Poczułam czyjąś rękę na ramieniu. Gwałtownie się odwróciłam. To był trup mojej mamy. Przez chwilę na nią patrzyłam. Czas jakby się zatrzymał. Widziałam wszystkie nasze wspólne chwilę. Opamiętałam się dopiero wtedy kiedy prawie dobrała się do mojej szyi.
Szybkim ruchem uderzyłam ją ta zaś odleciała na białą szafkę. Zrobiłam to co z innymi. Ale z wielkim bólem. W końcu była moją matką. Nie miałam za wiele czasu. Spakowałam kilka innych rzeczy i popędziłam do pokoju. Spora grupa martwych wyważyła drzwi i podążyła za mną. Pobiegłam do swojego pokoju i otworzyłam okno. Na ulicy naliczyłam ich około pięćdziesięciu. Grupa wbiegła do pokoju. Spojrzałam na nich po czym przeskoczyłam na parapet obok. Prawie spadłam na sam dół. Nie mam pojęcia jak ale podciągnęłam się i na nim usiadłam. Działała na mnie adrenalina. Obok mnie była rynna. Złapałam się jej. Poczułam jak mnie martwy złapał za nogę.
Przez dłuższą chwilę z tym walczyłam. Udało mi się uwolnić. Trup wypadł przez okno. Resztkami sił po rynnie wdrapałam się na dach. Położyłam się na dachu i łapałam oddech. Zaczęła się apokalipsa. Byłam od tej pory zdana sama na siebie. Rodzina nie żyła tak samo jak przyjaciela. Z tego co widziałam większa część populacji została zarażona i zmieniona w to coś. Musiałam znaleźć bezpieczne miejsce. Odczekałam kilka minut. Droga z tyłu domu była wolna. Po cichu zeszłam i ruszyłam w stronę lasu jak najszybciej potrafiłam. Zaczęła się walka o życie..przetrwanie
================================
Mam nadzieję, że prolog się wam podobał. Informuje was, że to moja pierwsza książka na wattpadzie. Wyczekujcie kolejnych rozdziałoe. Do zobaczenia ^^
YOU ARE READING
The Walking Dead - Czas Wiary | Carl Grimes
FanfictionLisa to szesnastoletnia dziewczyna żyjąca w świecie opanowanym przez Zombie. Epidemia zaczęła się kiedy miała dwanaście lat i od tego czasu była skazana sama na siebie. Wiele przeszła przez co stała się bardzo nie ufna wobec innych. Została oszukana...
