Biegnę przed siebie. Coś mnie goni. Nie wiem dokładnie co, ale wyglądał na jedną z mutacji wilka. Był tylko kilkadziesiąt razy większy, a jego sierść jest ostra jak brzytwa. Biegnę dalej nie próbuje nawet oglądać się za siebie, bo wiem że najpewniej wiązałoby się to ze śmiercią. Wzrokiem szukam jakiejś kryjówki. Jest zbyt ciemno żebym coś dostrzegł. Drzewa zauważam dopiero dwa metry przede mną. Jedyne co mogę zrobić to modlić się żebym nie wpadł na jakąś anomalię. Pierwsza misja którą dostałem i oczywiście nie mogła być tak łatwa jak mnie zapewniał. W sumie czego ja się spodziewałem, jestem w Zonie. Biegnąc słyszę z prawej strony jakby iskrzenie. To pewnie Elektra. Chwila, a gdybym tak tą bestię zagonił w środek anomalii. Pewnie padnie ale pewności nie mam, innego wyboru też nie mam. Zatrzymuję się i chowam za drzewem około metra od Elektry. Obchodzę ją ostrożnie i staję w miarę bezpiecznym miejscu za nią. Nie mogę zobaczyć mutanta, ale go słyszę. Szarżuje wprost na mnie. Odsuwam się jeszcze dalej na wypadek gdyby Elektra się rozszalała. Dostrzegam obrys ciała wilka. Jest wielki jak samochód terenowy.
Nie wiem czy Elektra zdoła go położyć, ale czekam cierpliwie. Widzę że zbliża się coraz szybciej. Pięć metrów. Cztery metry. Trzy metry. Rzucam śrubę do centrum Elektry. Cały obszar w odległości czterech metrów pokrywa się w wyładowaniach pochodzących z Elektry. Gdybym stanął dwa kroki bliżej byłoby po mnie. Słyszę donośny pisk wilka i skwierczenie tłuszczu. Mutant upada na ziemię. Siadam i czekam aż Elektra się rozładuje. Czyszczę swojego kałacha, trochę zużytego, ale służy mi dobrze. Została jedna kula w magazynku. Przeładowuję wyciągając pozostałą kulę w spuście i chowam ją do kieszeni. Tylko idiota zmarnowałby amunicję w Zonie. Tutaj każda kula się liczy. Nigdy nie wiadomo co cię spotka. Tak jak mnie dzisiaj. Byłem w trakcie wykonywania pierwszej misji którą zlecił mi nasz naukowiec z Kryjówki. Sasza go nazywali bodajże. Typowy pseudonim ruska. Miałem znaleźć dla niego pewien artefakt. Bardzo rzadki, więc spodziewałem się, że nie będzie łatwo. Stwierdziłem jednak, że skoro zleca jakieś zadanie dla Kota, czyli inaczej żółtodzioba u Stalkerów, to nie może być trudne. Jednak myliłem się jak to mam w naturze. Na początku było prosto. Wszedłem do budynku w którym powinien być artefakt. Nawet nie musiałem długo szukać, bo leżał na środku pierwszego pomieszczenia. Zebrałem go łopatą leżąca na ziemi i zapakowałem do pojemnika na artefakty. Ostrożnie wycofałem się z pomieszczenia uważając na anomalie, które mogły powstać po zebraniu artefaktu. Zona nie lubi kiedy zabiera się jej cokolwiek. Na szczęście żadna nowa anomalia nie powstała. Wyszedłem więc z budynku i ruszyłem od razu w kierunku Kryjówki. "Pierwsza misja udana. " - pomyślałem i od razu pożałowałem. Zona wie co czujemy i o czym myślimy. W Zonie nie opłaca się też niczego planować bo ona to czuje i zrobi wszystko żeby te plany pokrzyżować. Zza drzew usłyszałem wycie i wyleciał na mnie ten mutant. Dobrze że już leży martwy, bo nie wiem czy dałbym radę jeszcze uciekać.
Elektra zdążyła się już wyładować. Podchodzę powoli do martwego ciała i badam je ostrożnie. Miałem rację sierść ma ostrą jak brzytwa, a stwierdziłem to po tym jak ciął drzewa, kiedy mnie gonił. Wyciąłem jego najcenniejsze według mnie narządy czyli kły i trochę sierści, która praktycznie stępiła mi nóż. Mam nadzieję, że będzie chociaż trochę warta. "No pora wracać." - pomyślałem i ruszyłem do Kryjówki.
