Odkąd pamiętała, zawsze otaczała ją biel. Żyła zamknięta w małym pokoju w tym właśnie kolorze. Nie miał okien. W rogu stało metalowe łóżko nakryte szorstkim, burym kocem. Kiedyś udało jej się zostawić pod materacem drewniany widelec z obiadu. Od tamtego dnia codziennie skrobała kreskę w tynku nad łóżkiem. Teraz było ich już bardzo dużo, nigdy ich nie liczyła. W drugim rogu stał metalowy stół i kilka stalowych, pomalowanych na biało krzeseł. Pokoik nie był jakoś bardzo luksusowy, tylko te rzeczy. Wyjście posiadał jedno. Przez żelazne drzwi z malutkim zakratowanym okienkiem, zamykane na ciężką, ołowianą sztabę. Za nimi dwadzieścia cztery godziny na dobę stał uzbrojony strażnik. Na początku bała się tego barczystego, muskularnego mężczyzny. Co dzień, podczas rutynowej kontroli w południe, wchodził i rozglądał się po całym pomieszczeniu. Nie lubiła jego zimnego, groźnego spojrzenia. Z niepokojem spoglądała na światło brudnej żarówki odbijające się w jego łysinie. Słuchała jego ciężkich, dudniących kroków, zostawiających ślady na białej podłodze. Na samym początku bardzo tego nie lubiła, ale zdążyła się już do tego przyzwyczaić. Nie miała zbytniego wyboru. Przetrzymywano ją, zupełnie jakby była kimś groźnym. Jakąś wariatką.
Ze skromnego pokoiku nie wychodziła prawie wcale. Nie miała też po co. Posiłki podawano jej do wnętrza celi, więc wyprowadzano ją tylko na czas toalety. Dostawała dziesięć minut rano i tyle samo wieczorem. Nie było to za dużo czasu, ale na umycie się starczało. Resztę czasu spędzała w celi siedząc na łóżku. Wtedy marzyła.
Mimo że w trakcie przeprawy pokoik - łazienka szła tylko do drzwi naprzeciwko swoich, eskortowało ją czterech żołnierzy. Nawet gdy się myła, jeden z nich, stojący przed wejściem, pilnował jej. Nie miała ani chwili samotności. Od zawsze tak było.
W łazience nie znajdowało się nic szczególnego. Ot, pomieszczenie wyłożone białymi kafelkami bez wzoru. Na ścianie lustro, prysznic i wieszak na ręczniki. Ale jedna rzecz czyniła go w jej oczach wyjątkowym.
Okno.
Małe, ledwo dałaby radę przez nie przejść. Zamknięte na klucz, którego nigdy nie było w zamku na klamce. Niby idealne. Jednak w jej oczach posiadało jedną, ale gigantyczną niedoskonałość.
Było matowe.
Misterny wzór gęsto pokrywał całą szklaną powierzchnię. Bardzo skutecznie zasłaniał widok, który się zza niego rozciągał. Bezskutecznie próbowała dopatrywać się jakiegoś krajobrazu. To jednak nigdy nie powstrzymywało jej od wyglądania przez nie. Co dzień myła się jak najszybciej, by to zrobić. Jedynym jej marzeniem było ujrzeć widok zza niego. Bez szyby.
Gdy przez nie spoglądała, widziała jedynie kolory. Trochę niebieskiego na samej górze, cienki, czerwony pasek poniżej i biel. Wśród nich dało się odnaleźć pojedyncze plamki zieleni. Niby nic. Po prostu kilka kolorów, jakich dużo dookoła. Jednak i tak niepozorne rzeczy, barwy widziane przez okno, były w jej oczach czymś niezwykłym. Magią, w porównaniu do otaczającej ją szpitalnej, monotonnej barwy.
Pewnego dnia, gdy weszła, zauważyła zmianę. Niemal od razu zrozumiała, co to takiego. Okno było otwarte, a raczej uchylone. Widoczna była jedynie wąska szpara krajobrazu za nim.
Zdjęła ubrania i otuliła się białym, nieco wilgotnym, puchatym ręcznikiem. Wiedziała, że musi się umyć, ale nie obchodziło ją to. Ważne były tylko marzenia za uchyloną szybą.
Zafascynowana, z iskrzącymi się oczami minęła bluzkę i spodnie leżące na podłodze. Powoli zaczęła iść w jego stronę, wpatrując się w cienką smugę światła wydobywającą się ze szczeliny. Z niedowierzaniem wyciągnęła rękę w tamtym kierunku.
Zza okna do łazienki wleciał delikatny podmuch chłodnego wiatru. Zadrżała, ale nie przejęła się zbytnio. Chciała ustalić, skąd on się bierze, jaką przebył drogę, zanim dotarł do niej. Pragnęła poznać wszystko od podstaw.
Musiała stanąć na palcach, by spojrzeć na rozciągający się za oknem widok. Wyciągnęła szyję najmocniej jak umiała. Gdy jej się to udało, na chwilę straciła dech w piersiach. Krajobraz nie był jakiś szczególny. Na samej górze widać było niebieskie niebo. Unosiły się na nim nieliczne, białe, puchate obłoczki. Pokryte czerwoną, nieco przybrudzoną dachówką białe domy odbijały światło słoneczne nieprzyjemnie rażąc ją w oczy. Jednak nie przejmowała się tym, patrzyła dalej. Zauważyła, że okna były malutkie, wpuszczały niewiele światła do wnętrz budynków. Podobny rozmiar miało to, przez które patrzyła.
Spojrzała w dół. Niezupełnie prosto, bo większą część widoku zasłaniało jej szkło, ale coś jednak dała radę zobaczyć. Samochody, malutkie jak zabawki. Ludzi maciupkich jak mrówki. Takie, jak te, które kiedyś weszły do celi. Wtedy z zafascynowaniem patrzyła na równy rząd czarnych, drobnych owadów pod ścianą. Wyglądały nieco jak sznureczek z nawleczonym mnóstwem koralików. Nie bała się ich. Podpatrywała ich zachowania cały dzień. Jednak gdy strażnik wszedł, by dać jej posiłek, zobaczył owady. Kilka minut potem do pokoju weszli ludzie w żółtych kombinezonach i robaki zniknęły. Było jej przykro. Zniknęła jedyna rzecz, która czyniła ten dzień wyjątkowym.
Z wpatrywania się w widok wyrwał ją szorstki głos strażnika. Koniec czasu. Przerażona wyrwała klucz i zamka na klamce i zatrzasnęła okno. Szybko założyła na siebie długie, białe spodnie i bluzkę. Ostatni raz spojrzała tęsknie na szybę i wyszła.
Tamtego dnia zyskała nowe marzenie. Wyjść za okno. Odetchnąć powietrzem z zewnątrz, a nie tym zatęchłym, ciężkim z celi. Dotknąć chropowatego tynku pokrywającego zewnętrzną ścianę. Popatrzeć na niebo.
Następny dzień. Rankiem obudziło ją walenie w drzwi i ponaglający głos strażnika. Pora na toaletę. Chwyciła kurczowo klucz, wcześniej schowany pod materacem. Zacisnęła go w dłoni tak mocno, jakby od tego zależało całe jej życie. Wyszła.
Szła w asyście strażników. Wszyscy patrzyli na nią tak samo. Zimno.
Huk zamykanych drzwi do łazienki dał jej znak do działania.
Podeszła do okna, jak w transie. Otworzyła dotychczas zaciśniętą kurczowo pięść. Zalśnił w niej mały, srebrny kluczyk.
Ujęła go w palce i przybliżyła do zamka. Dłoń drżała jej tak, że kilka razy nie trafiała.
Udało się. Przekręciła klucz. Chwyciła klamkę, otwierając okno na oścież. Wiatr wdarł się do środka rozwiewając jej włosy. Spojrzała na widok w całej jego okazałości. Poczuła jeszcze bardziej palącą chęć wyjścia.
Zbliżyła się do parapetu. Dłonią dotknęła chłodnego, śliskiego kamienia. Wzięła głęboki wdech i podciągnęła kolano na tyle wysoko, że stopą oparła się o podokiennik. Wciągnęła drugą nogę. Przeczołgała się na zewnątrz.
Kucnęła na zewnętrznej stronie parapetu. Nie mogła uwierzyć, że to dzieje się naprawdę. Odetchnęła głęboko. Powiew wiatru, tym razem delikatniejszy, odgarnął jej włosy z twarzy. Ostrożnie puściła dłoń zaciśniętą kurczowo na framudze. Powoli przesunęła ją na tynk pokrywający budynek. Przejechała palcami po jego szorstkiej powierzchni.
Spojrzała w górę, na bezchmurne niebo. Zachłysnęła się jego pięknem. Wyciągnęła ku niemu rękę. Po chwili drugą.
Pochyliła się. Jedna z jej nóg poślizgnęła się na śliskim, wilgotnym od porannej rosy kamieniu. Straciła równowagę. Spadła z parapetu.
Powietrze otulało ją niczym koc. Opadając, ostatni raz spojrzała na niebo, po czym zamknęła oczy.
Spełniła marzenie. Teraz mogła już lecieć.
___________________________________
Wreszcie skończyłam :D Błędy poprawiała mi polonistka, więc raczej nie ma, ale w razie czego wypominać :D
Aha, biorę udział w konkursie "Perfekcyjny szot" @BursztynoweOko.
VOCÊ ESTÁ LENDO
Fly [Zbiór one-shotów]
Conto1. " Spełniła marzenie. Teraz mogła lecieć" 2. " Tym razem nikt nie podniósł wazonu" Wspaniała okładka od @Dyktatorka :>
![Fly [Zbiór one-shotów]](https://img.wattpad.com/cover/118436208-64-k289509.jpg)