"Ashton. Wstawaj, już późno. Moi rodzice zaraz wrócą. Ash."

Delikatny, kobiecy głos przedostał się do mojej podświadomości, budząc mnie z drzemki. Było mi niewyobrażalnie gorąco, a powietrze prawie mnie mdliło. Zmarszczyłem brwi i jęknąłem gardłowo. Drzemki zawsze tak na mnie działały, czułem się nawet gorzej niż przed snem. Przetarłem oczy dłońmi i zrzuciłem z siebie gruby koc. Przewróciłem się na drugi bok, mając teraz widok na cały pokój, a nie na oparcie spórzanej kanapy. Przede mną stała Courtney. W pokoju panowała ciemność i włosy opadały jej na twarz, więc nie mogłem zobaczyć wiele. Uśmiechnąłem się leniwie i jestem pewien, że ona zrobiła to samo.

"Cholernie ciężko cię dobudzić, Ashton" powiedziała, siadając gdzieś w okolicy moich bioder. Podniosłem się do pozycji siedzącej, przytulając ją od tyłu. Pachniała... czymś waniliowym. Zamknąłem oczy, opierając brodę o jej ramię. Nie miałem nawet siły, by ruszyć nogą. Bolała mnie głowa. Chyba marudzę?

"Miło mi się tu siedzi i w ogóle, ale na prawdę musisz już iść" usłyszałem jej głos, chociaż nie zrobiła nic, by mnie wyrzucić. Nawet nie brzmiała tak, jakby na prawdę chciała, bym wyszedł.
 
"Wiem, wiem" odparłem tylko, bawiąc się jej włosami. Cholera, wiedziałem, że jeszcze minuta i zasnę. Westchnąłem więc, szykując się na najgorsze. Wyswobodziłem się z uścisku brunetki i wstałem, nadal jednak trzymając jej dłoń. Tak na wypadek gdybym upadł.

"Oh, kurwa, zdrętwiała mi noga!" zajęczałem, a po pomieszczeniu rozniósł się śmiech brunetki. Odwróciłem głowę w jej stronę, pokazując najszerszy uśmiech, na jaki było mnie stać. Tak na pożegnanie, uwielbiam słodkie pożegnania. Powinienem ją teraz pocałować? O tak, to na pewno będzie słodkie.

"Chodź tutaj" mruknąłem, rozkładając ramiona. Dziewczyna od razu zaakceptowała propozycję. Staliśmy tak krótką chwilę, po prostu się przytulając.

"Okej, serio, spadaj" jej delikatne dłonie naparły na moją klatkę piersiową, popychając w stronę wyjścia. Nie była wystarczająco silna, więc zachwiałem się tylko, biorąc jej twarz w dłonie i całując ją przeciągle, śmiejąc się.

Ruszyłem w stronę drzwi, by uniknąć przeciągnięcia się tego słodkiego, już za słodkiego jak na mnie, pożegnania. Kilka słodkich słów i już mnie nie było.

Chłodne, nocne powietrze na prawdę dobrze mi zrobiło i postanowiłem, że wrócę do domu dłuższą drogą, napawając się tym momentem. Włożyłem do uszu słuchawki i mając ochotę na Led Zeppelin, wybrałem Babe I'm Gonna Leave You, uznając, że utwór jest idealny na nocną przechadzkę. Kiedy utwór ten się skonczył, włączyłem jeszcze około dziesięciu innych i 20-minutowa droga do domu przedłużyła się do godzinnej. Kiedy spojrzałem na zegarek, zakląłem w duchu. Przed pierwszą w nocy. Moje nogi zaczęły pracować w trybie express, na szczęście nie byłem daleko od domu. Wyszedłem zza zakrętu i zobaczyłem, że światła na piętrze są włączone. Wszyscy spali, a mama czekała. Cholera.
Ostatni raz zaciągnąłem się przyjemnym, otrzeźwiającym powietrzem przed wejściem do domu, w którym czekała mnie intensywna rozmowa z rodzicielką. Poczucie winy uderzyło we mnie, kiedy tylko pomyślałem, jak bardzo musiała się martwić, nie miałem jednak szansy dłużej skupić się na tym uczuciu, gdyż moją uwagę przykuła jakaś postać stojąca przy naszej skrzynce na listy. Zmarszczyłem brwi, próbując ją rozpoznać, jednak było zbyt ciemno.

"Hej!" krzyknąłem, truchtem ruszając w jej stronę. Byłem wręcz pewny, że to kolejny dzieciak z sąsiedzctwa, któremu nudzi się po nocach. Kiedy tylko postać usłyszała mój głos, biegiem rzuciła się w przeciwną stronę i po sekundzie nie było po niej śladu. Zatrzymałem się w miejscu. Zaśmiałem się gardłowo, kręcąc głową. Dzieciaki.

Podszedłem jeszcze do skrzynki, by zobaczyć, czy nic się z nią nie stało i czy nie trzeba jej będzie znowu malować. O dziwo, była taka sama, jak kiedy opuściłem dom. Z czystej ciekawości otworzyłem ją, a w środku dostrzegłem białą kopertę. Marszcząc brwi, sięgnąłem po nią dłonią, czytając duży, czarny napis na samym jej środku.

ASHTON

Pochyłe pismo, czarny atrament, zawiłe literki, jednak napisane dosyć chaotycznie. Odwróciłem biały przedmiot w dłoniach. Brak nadawcy. Mojego adresu także nie było. Czyli... ten ktoś, kto właśnie uciekł sprzed mojego domu, musiał to tu włożyć. Odruchowo rozejrzałem się po ulicy, jakby nadawca miał stać gdzieś za rogiem.  Pokręciłem głową i trzymając list w dłoniach, skierowałem się do drzwi frontowych, ignorując zżerającą mnie od środka ciekawość, kto i co mógł do mnie napisać. Teraz musiałem zmierzyć się ze zmartwioną mamą i każdą konsekwencją mojego sporego spóźnienia.

alone together // ashton irwin {pl}Przeczytaj tę opowieść za DARMO!