Omirsk Płd., 9.10.1965
Nie spałem zbyt dobrze. Nie potrafiłem zasnąć. Myśli okupowało mi dzisiejsze doręczenie. Zawsze tak jest. Od samego początku. Nie boje się, że ktoś zobaczy, nabierze podejrzeń, że mnie złapią i rozstrzelają. To jest warte tego ryzyka.
System w Rubii jest chory. Tam, po drugiej stronie rzeki, jest tak samo. W innej oprawie, ale tak na prawdę nie różni się niczym. Mimo to ludzie tłoczą się na Moście, żeby przejść na naszą stronę. To do nas uciekają. Na początku - kiedy dopiero co wstąpiłem do armii - sądziłem, że podejmują najlepszą możliwą decyzję - uciekają z Arrynii do Rubii. Do naszej wspaniałej republiki. Jednak po śmierci ojca, to przekonanie legło w gruzach. W miejsce tłumu ludzi na drodze do lepszego życia, pojawił się sznur skazańców. Blaszana brama, po naszej stronie Mostu zamieniła się w szubienicę. Nadal mam wątpliwości, czy dobrze robie, pomagając tym ludziom. Jednak wydaję mi się, że wiem jak oni to widzą. Po Arryńskiej stronie czeka ich śmierć. Niespodziewana, nieuzasadniona, nagła i bolesna. Tutaj, w Rubskiej Republice Ludowej, będą umierać jeszcze wolniej. Ale nie ciałem. Duszą.
Rano rzucili papier na skrzyżowaniu św. Piotra i Robotniczej. Kolejka utrudniała ruch uliczny. Zrobił się mały zator, co zirytowało oficerów, zmierzających do garnizonu. Kilkanaście minut później przyjechała lodówa. Stan wojenny skończył się dwa lata temu, ale niewiele wróciło do normy. Prewencja ustawiła ludzi w schludny rząd i zabrała, na pokaz, kilku biedaków. Na szczęście nie zrobili publicznego widowiska. Przy oficerach nie wypada.
Resztę mojego papieru ze sklepu dla uprzywilejowanych oddałem za darmo. Zmyłem się zanim ZOMO zdążyło uformować szereg.
W drodze na most znowu widziałem młodego Branivicza niosącego artykuły, adresowane na Irlińsk. Powinien bardziej uważać. Ani seplenienie, ani jego gładka, dziecięca twarz, nie pomogą mu, kiedy wpadnie na milicjanta. Ojcu nie pomógł nawet order.
Trochę zdziwiła mnie poranna musztra. Pułkownik Wolicki miał zaskakująco dobry humor. Lubił przypominać, kto rządzi na moście, już na samym początku, a na ćwiczeniach wychodził z niego prawdziwy demon.
Stałem wyprostowany, z uniesioną głową i kamienną twarzą, ale tak na prawdę ogarnął mnie lekki niepokój. Może szykuję jakąś "niespodziankę", pomyślałem. A może dostał polecenie z góry, żeby nas trochę bardziej pognębić? Wolicki to sadysta. Zauważyłem to już pierwszego dnia służby na moście św. Piotra. Całe szczęście, że prawie nigdy nie wychodził za bramę. Nie wiem, czy zniósłbym widok Wolickiego znęcającego się nad tymi biednymi ludźmi, zmuszonymi przejść tuż pod pazurami dwóch poddenerwowanych tygrysów.
Most - a przynajmniej środkowe przęsło - nie należy do nikogo. To ziemia niczyja, gdzie nie obowiązują żadne prawa, ani kruche porozumienia międzynarodowe. Gdyby któryś z żołnierzy zabił, poważnie ranił, czy zgwałcił - co już się zdarzało, zanim objąłem stanowisko Porządkowego - dostałby oficjalne pouczenie od przełożonego i nieoficjalny kieliszek. Most to brutalne miejsce. Porażka ludzkości, ale równocześnie jedyne możliwe rozwiązanie.
Byłem zestresowany. Chłód ziejący znad Omy wcale mi nie pomagał. Pewnie trząsłbym się jak galareta, gdyby przez ostatnie siedem lat nie wbijali mi do głowy, że mam być jak skała. Zero emocji. Żadnych słabości. Faszyści nas obserwują. Od czasu podpisania pokoju, most na Omie jest jedynym miejscem, gdzie żołnierze obu stron są tak blisko siebie. Siedem lat temu, kiedy otwierano most, niektórzy uznali to za świetną okazję, żeby wyrzucić z siebie swoje żale do drugiej strony. Nie byłem przy tym, ale pierwsza historyjka, którą usłyszałem w kantynie była o tym, jak dzień po otwarciu wymieniono cały personel, a nad miastem niosło się echo strzałów z północnej części miasta.
CZYTASZ
Pamiętniki z Omirska
General Fiction"Pamiętniki z Omirska" to historie ludzi zdradzonych przez swoje państwo, zdradzonych przez system, o który walczyli i, za który zapłacili wysoką cenę. Świat trzęsie się w posadach. Stary porządek chyli się ku upadkowi. Mieszkańcy Omirska muszą zdec...
