Nikt nie opuszczał Bellwether.
Ludzie rodzili się tutaj, dorastali, brali śluby i umierali. Często to wszystko robili w tej samej sypialni.
Bellwether było małe. Miało jeden kościół, jedną szkołę i stację benzynową, która zamykała się o dwudziestej drugiej. Stary klub country oraz pola kukurydzy ciągnące się daleko poza ostatnie domy.
Latem było tu nieznośnie gorąco.
Nawet nocą.
Zwłaszcza nocą.
Najdalej wyjechała pani Whitmore. W 1969 roku dotarła aż do granicy hrabstwa. Wróciła tego samego wieczoru.
Nikt nie wiedział dlaczego.
W Bellwether nigdy nie zamykaliśmy drzwi na klucz.
Mieliśmy tu mnóstwo jeleni, ale nikt do nich nigdy nie strzelał. Nawet w sezonie.
W pola kukurydzy się nie wchodziło.
Kiedy palił się kościół, nie dzwoniło się po straż.
Gdy ktoś po zmroku pukał w okno trzy razy, nie można było odsunąć firan.
Nigdy nie pytałam dlaczego.
Było kilka rzeczy, o które w Bellwether się nigdy nie pytało.
